
Spotkanie z Marianem Olchą
2026-08-21Czasem nawet – wydawałoby się – malutka akcja wymaga zaangażowania wielu osób. Tak też jest z projektem pod nazwą „Zwierzynieckie miejsca pamięci rozkwitną na wiosnę”, który realizujemy od ponad miesiąca.
Wciąż mamy pewność, że miejsca, którymi się zajęliśmy, rozkwitną na wiosnę, ale w trakcie realizacji spotykamy pewne trudności, które nieco opóźniły nam harmonogram działań. Pierwszego psikusa sprawiła nam pogoda, bo – jak wszyscy odczuliśmy – Zwierzyniec tego lata był prawie bezdeszczowy i wszędzie (włącznie ze stawami „Echo”) mamy ogromną suszę. W piachu charakterystycznym dla wielu miejsc naszego miasteczka nie zasadzimy ani nasionka, ani cebulki, bo wiadomo, że nic by z nich nie wyrosło.
Przeprowadziliśmy jednak kilka wizji lokalnych i spacerów – na razie w gronie osób, które zgłosiły się do pilotowania projektu. Wizje te przyniosły też konieczność zmian kilku wcześniejszych założeń. Jedną z nich jest powierzenie wykonania korony na głowę figurki Maryi fachowcowi, czyli Michałowi Storczykowi z pracowni Manufaktura Stali w Kosobudach. Natomiast płotek okalający figurkę, który w założeniach miał być pomalowany siłą rąk własnych, okazał się na tyle spróchniały, że podjęliśmy decyzję o jego wymianie. I tu również będziemy polegać na sile znanego w Zwierzyńcu stolarza, Sławomira Makochonia.
Kiedy trwają prace naszych fachowców, zajęliśmy się próbą zgromadzenia dokumentacji figurek i kapliczek położonych w Zwierzyńcu. Wspaniałą pracę wykonała dla nas pani Marta Lipiec, która nie tylko sporządziła szkice każdej ze zwierzynieckich figurek, ale też wszystkie je opisała i dodała artykuł od siebie, który także zamieszczamy na naszej stronie.
Skwerek – serce działań
Nasze działania projektowe postanowiliśmy skupić głównie obok pomników upamiętniających ofiary obozu i tam już stanęła tablica oznaczająca Miejsce Pamięci Narodowej, której brak po budowie ścieżki rowerowej niejednokrotnie zgłaszali nam mieszkańcy i turyści. Drugim naszym „oczkiem” projektowym jest też tak zwany skwerek położony w okolicy rynku (pomiędzy ulicami Partyzantów, 1 Maja i Skwerkową). Na skwerku tym postanowiliśmy zająć się trzema miejscami: figurą Matki Boskiej, klombem na tyłach tej figurki oraz figurą poświęconą Chrystusowi Królowi, położoną na skraju skwerku, która stanęła tu „staraniem mężów Akcji Katolickiej w 1936 r. przy pomocy gospodarzy wsi Rudka” (zwracamy uwagę, że było to… 90 lat temu).
Szczególnie figura Maryi wzbudziła wiele wspomnień, a nasze działania planistyczne zostały już dostrzeżone przez okolicznych mieszkańców. Ze wspomnień sąsiadów ewidentnie wynikło, że choć wszyscy okoliczni mieszkańcy mieli i mają jakiś wkład w pielęgnowanie tego miejsca, to jednak jednoznacznie wskazują oni na rodziny Moniakowskich i Gimelów jako tych, którzy zadbali o nie tuż po wojnie. Czuliśmy, że żadne nasze obecne działania nie mogą być prowadzone bez choćby krótkiej rozmowy z panią Stanisławą Moniakowską, mieszkanką ulicy Skwerkowej.
Pani Stasia przywitała naszą delegację (prezes Towarzystwa Miłośników Zwierzyńca Renatę Jarecką i radną miejską, a zarazem członkinię TMZ, Beatę Komorowską-Kras) z otwartymi ramionami i chęcią podzielenia się taką wiedzą, której nie znajdziemy w dotychczas opublikowanych materiałach na temat Zwierzyńca. Gdzieś pojawiają się zaledwie wzmianki na temat rodziny, której historia łączy się z historią Zwierzyńca nie tylko poprzez figurkę Maryi, ale sięga też okresu II wojny światowej, obozu i partyzantów, a wszystko to za sprawą piekarni, którą prowadzili tu Kazimierz Moniakowski i Genowefa z Gimelów Moniakowska.
Piekarnia Moniakowskich
Piekarnia ta wielokrotnie wzmiankowana jest w relacjach wojennych jako miejsce, skąd czasem więźniowie gonieni przez Niemców na stację Biały Słup doczekali się kawałka chleba pochodzącego z „piekarni Moniakowskich”. Pani Stasia Moniakowska tę historię zna tylko z przekazów rodzinnych, ale potwierdza, iż w rodzinie niejeden raz ktoś opowiadał o tej zacnej postawie właścicieli i pracowników piekarni, którzy ryzykowali życiem, podrzucając kolumnie pieszych kawałki chleba. Pani Stasia jest przekonana, że Moniakowscy przekazywali także chleb do obozu – w tych miesiącach, kiedy Niemcy zgodzili się na prośbę Jana Zamoyskiego, by mieszkańcy mogli dokarmiać osoby przebywające „za drutami”. Z piekarni tej wsparcie otrzymywali również „ludzie z lasu”. I ta postawa sporo kosztowała rodzinę także po wojnie.
Kiedy młoda Stasia przeprowadziła się do domu rodzinnego męża, Jana Moniakowskiego, zamieszkała z jego rodzicami i babcią.
– Wszystkiego się wtedy nasłuchałam, jak na przykład opowiadali o tych partyzantach, o tej wojnie. O tym wszystkim, jak tu w piekarni mieszkali, opowiadał teść z teściową – zaczęła pani Stasia ciekawy wątek, który dalej brzmiał tak:
– Raz taka sytuacja była, że przyszli kiedyś w nocy, żeby jednego z tych ukrywających się partyzantów schować, a potem bezpiecznie wyprowadzić, a za niedługo jeden z tych, co kolegę przyprowadził, mówił do teścia: „Słuchaj, ja z Gienią [teściową] do szkoły chodził, a teraz wiem, co ty robił, więc niech dają, no bo u was piekarnia, to są pieniądze”. Takie rzeczy opowiadali teściowie i mówili, że z tych partyzantów był jeden lepszy, drugi gorszy. Nie wszyscy byli tacy dobrzy, jak się czasem dziś o nich mówi. W czasie wojny piekarnia służyła wielu ludziom, niektórych uratowała od śmierci głodowej, ale też poniosła ofiary. Raz Niemcy wpadli na rewizję i znaleźli białą mąkę, za co zastrzelili panią Sędłakowską. Chcieli też zastrzelić teścia, ale on zemdlał, padł na ziemię nieprzytomny, więc go zostawili. Może myśleli, że już umarł ze strachu.
Zaintrygowana tą historią, przeszukuję archiwa i faktycznie znajduję akt zgonu niejakiej Janiny Apolonii Sędłakowskiej, która zginęła 24 października 1942 r. o godzinie 10 – wszystko się zgadza z opisem w tym dokumencie – „kupcowa, lat 43 licząca, córka Jana i Marii z Harkotów”.
Teść pani Stasi, Kazimierz Moniakowski, był piekarzem, co formalnie potwierdza akt jego ślubu z Genowefą z Gimelów. Babcia Gimelowa żyła długo – prawie 100 lat, więc zdążyła wiele historii poopowiadać swoim potomkom.

Akt ślubu Kazimierza Moniakowskiego z Genowefą Gimel, który znajdujemy w zdigitalizowanej formie w Archiwum Państwowym w Zamościu, można odczytać samodzielnie, ale w razie kłopotów przytaczamy jego treść:
„Działo się we wsi Zwierzyńcu dnia 14 sierpnia 1938 roku o godzinie pierwszej po południu. Wiadomo czynimy, że w obecności pełnoletnich świadków Ksawerego Gimla, kowala z Obroczy i Stanisława Olczyka, kupca ze Szczebrzeszyna, w dniu dzisiejszym zawarty został religijny związek małżeński pomiędzy Kazimierzem Moniakowskim kawalerem, piekarzem lat 21 mającym, urodzonym w Siedliszczkach gminy Rejowiec, a zamieszkałym na Rudce, synem Piotra i Marianny z Zawiślaków, małżonków Moniakowskich, a Genowefą Gimel, panną lat 17 mającą, urodzoną w Obroczy, a zamieszkałą przy rodzicach na Rudce, córką Macieja i Marii z Zawadów, małżonków Gimlów. Małżeństwo to poprzedziły trzy przedślubne zapowiedzi ogłoszone w tutejszym parafialnym kościele w dniach 31 lipca oraz 7 i 14 sierpnia bieżącego roku. Nowozaślubieni oświadczyli, że żadnej umowy przedślubnej między sobą nie zawarli. Obrzęd ten religijny dopełniony został przez nas. Pozwolenie ojca niepełnoletniej nowozaślubionej nastąpiło ustnie. Akt ten nowozaślubionym i świadkom przeczytany, przez nas i przez nich podpisany został. Utrzymujący akta Stanu Cywilnego.”
Ale wcale nie takie plany matrymonialne mieli wobec swojej córki jej rodzice, którzy już wcześniej zaakceptowali zaloty innego kandydata na męża. Zapatrzony w Gienię był niejaki Wawrzyszko, ale raz przyszedł do domu niedoszłych teściów z młodym Moniakowskim, który przy świątecznym kielichu prawił na tyle piękne gawędy i zabawne żarty, że wpadł w oko i serce Gieni i wkrótce stanął z nią na ślubnym kobiercu.
Piekarnia funkcjonowała przez wiele lat po wojnie. Była przede wszystkim miejscem codziennej pracy i zaopatrywania mieszkańców w podstawowe pieczywo. Pani Stasia wspomina:
– W tej piekarni to był i chleb, i bułki. Ciastek czy ciast nie było, bo wtedy wszyscy sami ciastka piekli. W piekarni to panie na Boże Narodzenie ciastka specjalne piekły, bo tu piec był taki duży i jak się już nie piekło z soboty na niedzielę chleba, to ludzie na święta sobie ciastka piekli. I duże ciasta też ktoś czasem, bo chodzili z blachami. Upiec można tutaj sobie było wszystko, właśnie w niedzielę, bo piekarze w niedzielę dopiero na noc przychodzili, rozczyniali to ciasto, żeby na poniedziałek chleb piec.
Pani Moniakowska wymienia pracowników piekarni z powojennych czasów, kiedy zarządzał już nią najpierw teść, potem mąż: – Z Wywłoczki Jasio Czarnecki, Henio Binkiewicz. Oni już nie żyją. Ale zawsze: „Dzień dobry, majstrowa”, „Dzień dobry, majster” – to tak mówili ci piekarze. Oni byli trochę jak domownicy, bo była ścieżka z domu do piekarni, nie było płotu, wszystko było na podwórku, co trzeba, więc często zachodzili. Zresztą my zawsze i podwórko, i dom mieliśmy otwarte. Furtki do sąsiadów porobione służą do dzisiaj. Nawet tam z tyłu mamy furtkę do Makochoniów, więc można nią na skróty przejść. Jest też furtka do Służewskich – dziś Kasprowiczów. Sąsiedzi byli w stałym kontakcie, prawie jak rodzina: – Ileż oni rozmawiali! I o tych wojennych sprawach, i o takich tych różnych, co jak zrobić, bo wielu rzeczy nie było przecież. Babcia to wszystko potrafiła zrobić, uszyć. Szydełkiem serwetki, a teściowa richelieu obrusy, serwetki – i wszystko to mam do tej pory. A ileż teść się najeździł pod zboże koniem do Zamościa, żeby zemleć zboże. Boże, ileż to trzeba było jechać tym koniem. A dziś jest całkiem inaczej – teraz to nawet nie wiadomo, co to jest za zboże.
Tutaj terminował także Longin Kotowski, co wspomniane jest na stronie piekarni Kotowskich z Biłgoraja.

Pani Stanisława pamięta również opowieść teścia, że kolegował się z jednym z synów aptekarki, pani Gulińskiej – jeździli razem na ryby. I że teść zawsze, nawet w trudnych czasach, starał się być wesoły. Tę wesołość przekazał Kazimierz w genach swojemu synowi Janowi, z którym pani Stasia związała swoje życie i zawsze dobrze się czuła w radosnej atmosferze domu zamieszkiwanego przez kilkupokoleniową rodzinę męża – Gimelów i Moniakowskich. Od Gimelów zaś rodzina przejęła miłość do przyrody – do roślin i prac ogrodowych.
Ogrodnik Gimel
Dziadek Maciej Gimel był prawą ręką zmarłego 1 lutego 1992 r. Józefa Legiecia, pracowitego zwierzynieckiego ogrodnika, zatrudnionego na takim stanowisku od 1960 do 1980 r.
Pani Stasia znalazła jedno zdjęcie swojego dziadka:
– Tu jest właśnie teściowej ojciec, Maciej Gimel, co z Legieciem robił. Zresztą akurat na tym zdjęciu widać, jak coś tu ogrodniczego robi. Gimel w Zwierzyńcu z Legieciem sadził kwiatki, klomby. Oni to pięknie i porządnie robili, że do dziś wszyscy wspominają i za wzór stawiają.

To oni dbali też o zieleń na skwerku, co stało się potem naturalnym obowiązkiem Moniakowskich, co też przypadło w udziale samej pani Stasi. Ale i przemieszczenie figurki Maryi na skwerek to też zasługa tej rodziny:
– Ja wszystkiego nie wiem, ale to, co teściu opowiadał, że ta figurka stała gdzieś przy technikum w tych krzakach i oni ją z kimś na bitce przywieźli tutaj. Ten postument ktoś tu na miejscu zrobił i postawili na nim figurę Maryi.
Świecąca korona
Był też czas, że figurka zapłonęła światłem. Nad głową Maryi świeciły światełka umieszczone w metalowej, masywnej koronie – i to też zasługa tej samej rodziny mieszkającej przy ulicy Skwerkowej.
– Z tym światłem na tej figurce to prawda, bo u nas był licznik w sieni i jeszcze sztyca na dachu stoi i stąd było podłączenie na prąd, żeby się świeciła ta korona – przyznaje pani Stasia. – To grosze się wtedy płaciło. Inkasent przychodził do domu, spisywał, ile kilowatów się zużyło. Wyszło niedużo, więc babcia Gimelowa mówi: ja będę płacić za to. I faktycznie ona płaciła za to światło na figurce. Były dwa liczniki w sieni. I płaciła za to jeszcze w czasach, kiedy ja tam przyszłam, czyli w 1972 r. Już wtedy mąż babci nie żył. Później już na tę elektryczność takie podłużne kwity były i wtedy przyszedł inkasent i powiedział: „Proszę państwa, proszę to odłączyć, bo będzie problem z tym prądem, bo – mówi – to już inna będzie płaca”. No i przyjechał elektryk, nie wiem skąd, i odłączył ten prąd. To chyba gdzieś pod koniec lat 70. było, jak podłączyli światła do sieci z ulicy i gmina miała płacić. Tak to podłączyli, że jak jedna się żaróweczka spaliła, to wszystkie nie działały, a wtedy mój mąż mówi tak: „Ja to odkręcę i zrobię tak, że każdą żarówkę się osobno będzie wkręcać i jak się spali jedna żarówka, to się wykręci, wkręci nową i będzie światło”. Potem on tam trochę się pobawił, bo te rzeczy znał, zrobił, zamontował i długo było. A później, jak renowację figury robili, zdjęli figurę i tę koronę też zdjęli. No i ona już na głowę Maryi nie wróciła.
Pani Stasia ujawniła nam jeszcze jeden szczegół, który nie rzucił się w oczy zbyt wielu mieszkańcom Zwierzyńca:
– To i tak jest inna figurka, bo tamta stara była z płaszczem niebieskim. Ileż razy teściowa malowała w lecie czy na wiosnę tę figurkę, więc oni ją musieli pewnie podczas tej renowacji zepsuć. Ponoć im się to rozpadło wtedy albo wcześniej i dlatego była zrobiona nowa.
W kolorach roślinności
Zazielenienie wokół figurki to na początku była także robota Gimelów i Moniakowskich:
– Tak, to my tam chodziliśmy zawsze koło niej i też kwiatki pielęgnować. Potem to już ja sadziłam kwiatki i pielęgnowałam tę roślinność. Ja lubię w ogródku robić i wiem, co podlać, kiedy posadzić, jakim nawozem, żeby troszeczkę to wyglądało, bo bez tego nic by nie rosło.
Pani Stasia jednak dodaje, że nie była jedyną osobą w sąsiedztwie skwerka, która pielęgnowała tam zieleń. Robili to też państwo Danuta i Czesław Służewscy, a potem Ania i Henryk Kasprowiczowie.
– Jeszcze pani Krystyna Górska z panią Świsiową te dwie tuje kupiły i posadziły, pięknie one rosły, ale teraz gdzieś przyschły. Ile razy tu przyjdzie do mnie pani Świsiowa, to tak sobie o dawnych czasach rozmawiamy. Pani Świsiowa dużo rzeczy przypomina, jak tu kiedyś było. Pamięta, jak tutaj, w tym parku skwerkowym, furmanki stały. Wtedy w tym parku drzewa jeszcze małe były, ale teraz tak się rozrosły, tak wyciągają wodę, że nie będzie tam wam za wiele roślin rosło. Cień raczej nie jest problemem. Figurka tak wystaje trochę na słońce, więc myślę, że tam już te drzewa nie robią dużego cienia i zadziała ten wasz system solarny. Tych drzew też trochę po tym lecie szkoda, bo one tu takie „bidne”, w części gałęzi to już tylko jemioła wystaje.
To bardzo cenne wskazówki, które chcemy wzbogacić o więcej konkretów związanych z nasadzaniem roślin, więc pani Stanisława Moniakowska opowiada w szczegółach o swoich doświadczeniach.
– Tam już się próbowało dużo rzeczy sadzić i teraz niewiele roślin chce rosnąć. Akacja się rozsiała mocno, więc trzeba ją stąd usunąć. Na wiosnę spróbujcie więcej cebulek: tulipanów, krokusów, ale ja nie wiem, czy one przetrwają, bo tu myszy i nornice wszystkiego się czepiają. A potem bździuchy sadziłam, jak nieraz nie miałam czego innego, a w tym roku to i bździuchy nie rosną.
Pytamy również, czy były takie okresy, że mieszkańcy spotykali się w tym miejscu w celach modlitewnych, na przykład na majówkach.
– Za moich czasów, kiedy tu mieszkam, nie pamiętam, żeby ktoś tu organizował jakieś nabożeństwa, śpiewy czy majówki. Wydaje mi się, że i wcześniej nie było takiej tradycji. Ale tak indywidualnie to przychodzimy. Każdy się chwilę pomodli, kwiaty położy od czasu do czasu. Pani Danusia Sitkowska co sobotę zawsze dwa nowe wkłady zmienia w zniczach i światełko się zawsze pali. Ona mówi: mam intencję. Nie mówi jaką, ale coś ma, więc regularnie przychodzi. Inni czasem też się pojawią. Sami się pomodlą czy świeczkę zapalą. Wspomina dużo ludzi tę koronę ze światełkami, więc dobrze będzie, że ona wróci. U nas tu też światło zrobili na całym skwerku, i jest całkiem inaczej.
Pani Stasia pochwaliła decyzję o wymianie płotka: – Obecnie ten płotek koło figurki ledwo się trzyma. To jeszcze Krystyna Górska go zainstalowała. Zapłaciła komuś i ktoś to zrobił. Nie można z niego zrezygnować, bo psy tam narobią, zwierzęta inne też może będą miały tam łatwy dostęp. Płotek musi być i dobrze, że Sławek Makochoń go zrobi. Mój mąż miał bardzo dobre kontakty z Makochoniem. Oni cenili się, no bo ten fachowiec i ten fachowiec. Jeden od żelaza, drugi od drewna. Obydwaj naprawdę mieli tematy i wspólną chęć do śpiewu, do wypicia, do gadki. Takie to były czasy…
Najładniej na własnym podwórku
Zapytałyśmy Panią Stasię, jakie miejsca lubi najbardziej w Zwierzyńcu. W odpowiedzi usłyszałyśmy: „Ja wszędzie lubię i przyjeżdżający chwalą, że wszędzie jest ładnie. Ale mówię, na moim podwórku najładniej.” Istotnie, spore podwórko Pani Stasi zaskakuje porządkiem, estetyką, bogactwem roślin i ptactwa, które świergolą wyjątkowo radośnie w każdym zakątku. Pani Stasia oprowadza nas po swoim podwórku, opowiadając o kolejnych roślinach, które szczególnie lubi. Każda pora roku ma inne rośliny. Teraz szczególnie oko cieszą różowe dragony. Wiosną z przodu domu w najniższym rzędzie kwitną sasanki. Kilkakrotnie wracamy do tematu drzew, które budzą wspomnienia, jak brzoza zasadzona kiedyś przez męża na środku podwórka, do której można się przytulić i rozczulić: – Mąż, jak żył, to kiedyś brzozę posadził. Ja mówię: „No, jeszcze brzozy na podwórku nie było”. No to ze złości wyrwał, wyrzucił. Mnie się zrobiło przykro, że będzie zły na mnie o tę brzozę, więc mówię mu: „No, posadź tę brzozę”. No i na środku podwórka posadził. Już tyle lat, jak jest… To taka pamiątkowa brzoza. Ale jak kiedyś nie było tych dużych drzew, to był cały szpaler irysów. Jak tu przyjechała ze Śląska z rodziny jedna kuzynka, aż stanęła. Jeden kolor był, bo kiedyś nie było tyle kwiatów, ile dzisiaj jest różnych. Mówi: „No, coś pięknego”. Ja też lubię dużo w kupie jednakowych kwiatów, żeby to ładnie wyglądało. Drzewa potrzebne, piękne, ale jak wyrosną, to czasem kłopot, bo zabierają wodę. Teraz tak z lipy od sąsiadów korzenie w ogródku są, że nic nie chce mi rosnąć.
„Córciu i Stasiu”
Żegnamy się z panią Stasią, mówiąc, że postaramy się z pracami przy figurce uporać do połowy września i zaraz potem odbędzie się poświęcenie przez proboszcza, księdza Błażeja Górskiego, nowej korony i tego miejsca.
– Na połowę września? – cieszy się pani Stasia. – Ależ to będzie piękny prezent dla mojego męża, który zmarł dokładnie 15 września. To byłaby 19. rocznica od jego śmierci.
Na pewno parę dni minie od tej daty, bo ksiądz proboszcz zasugerował sobotę jako idealny dzień na maryjną uroczystość, ale z pewnością nie zapomnimy wspomnieć zasług śp. Jana Moniakowskiego i innych z rodziny Gimelów i Moniakowskich w pielęgnowaniu tego miejsca.
Zarówno figurka, jak i skwerek, własny ogród i dom są dla Pani Stasi bijącym sercem jej życia. Parę lat temu miała zawał, ale wciąż pracuje, sama wszystko oporządza – z uśmiechem na ustach i życzliwością: – Ja tak ten dom cenię, bo tu mam tyle wspomnień. Był to dom otwarty, odwiedzany przez wiele osób. Nieraz przyjechali do nas komornicy, sekwestratorzy. „No, gdzie nocować?”. „U Moniakowskiej, bo tam najlepiej”. Teściowa miała roboty, bo trzeba było ścielić łóżko, szykować wszystko. Wiadomo, że zaraz jak siedli do jedzenia, to i wypili – jak to chłopy. Nie tylko kolację trzeba było zrobić, ale i rano już zaraz kroić, robić – czy surówkę, czy sałatkę. Też się dużo przetworów robiło. Ale zawsze, mówię, jak bardzo cenię ten dom, babcię, teściów. I nigdy nikt mi nie powiedział „Stacha”, tylko zawsze „Stasiu”. Przez tyle lat, ile byłam synową, to ani mąż, ani teść nie powiedzieli „Stacha”, tylko „Stasiu”, a teściowie też „córciu”.
Projekt dofinansowany w ramach Programu Działaj Lokalnie Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności realizowanego przez Akademię Rozwoju Filantropii w Polsce i Fundację FLZB.



Grupa sąsiadów skwerkowych na wycieczce nad Morskim Okiem.
Na zdjęciu: Genowefa Moniakowska, teściowa Pani Stasi, Helena Szlązakowa (1902-1997), mama Danuty Służewskiej, z prawej Danuta Służewska (1926-2009), mama Anny Kasprowicz (dziewczynka na dole).

Ania Kasprowicz (wówczas Służewska) jako dziewczynka w ogródku pełnym kwiatów u państwa Moniakowskich. Dziś Pani Ania pielęgnuje po sąsiedzku własny, piękny ogród.

Maszyna do szycia stojąca w mieszkaniu pani Stanisławy Moniakowskiej.
Historia maszyny opowiedziana przez panią Moniakowską:
– To jest jeszcze maszyna do szycia babci, ale oryginalnie maszyna należała do hrabiny Potockiej. Dziura na futerale to pamiątka po kuli z czasów wojny. Ta dziura była przez Niemców zrobiona, a w jakich okolicznościach to się stało, nie wiem. Bo ta maszyna to była kupiona od hrabiny Potockiej. Ona tak biednie żyła i tu przychodziła do piekarni po chleb, a też sprzedawała ludziom różne rzeczy. I jak raz była po chleb, to mówi, że ma maszynę, a babcia umiała troszkę szyć i teściowa też umiała. I ja, jak tu przyszłam, też szyłam. I maszyna do dzisiaj stoi i szyje. Kuzyn ze Szczecina, jak tu przyjeżdża do mnie w lecie, mówi, że to dobra niemiecka maszyna i może by mi nową maszynę dali za tę, ale na razie nie chciałam. Wiem, że jest to cenna pamiątka.

Niemcy przestrzelili pokrywę do maszyny w czasie II wojny światowej, kiedy maszyna należała do hrabiny Potockiej.

Ramka ze zdjeciem śp. Jana Moniakowskiego. Mąż Pani Stanisławy zmarł 15 września 2007 roku. Jego zasługą była świecąca korona nad głową Matki Boskiej.

Pani Stasia wspomniała wiele razy talent męża do przedmiotów z żelaza: – Mąż, co wziął do ręki, to zrobił. I to musiało być równiutko, porządnie. Na co ja dziś spojrzę, to jego ręka jest i w domu, i wszędzie na podwórku. Sławek Makochoń to znów robił wszystko w drewnie.

„A na tym zdjęciu – teść, teściowa i wnuczka. Widzę, że podpis jest, 1985 rok. Teściowa w tym roku zmarła, a mąż na drugi rok. Dwa pogrzeby prawie w jednym roku były.”

Pani Stanisława Moniakowska, bohaterka tego artykułu: „A tu ja jak byłam jeszcze w całkiem młodych latach. Zdjęcie gdzieś może z lat 80.”
Zdjęcia rodzinne Państwa Moniakowskich udostępnione ze zbiorów rodziny Moniakowskich.
Historię spisała Renata Jarecka.




