
83. rocznica likwidacji obozu przesiedleńczego
2026-08-17
Skwerek pamięci, Moniakowscy, Gimelowie
2026-09-07Kolejna rozmowa w cyklu Spotkania z Seniorami zgromadziła w gorące czwartkowe popołudnie 20 sierpnia mieszkańców Zwierzyńca zainteresowanych Polskim Komitetem Opiekuńczym oraz działalnością ochronki, do której zabrane zostały niektóre dzieci z obozu przesiedleńczego w Zwierzyńcu.

Spotkanie rozpoczęła Renata Jarecka, prezes Towarzystwa Miłośników Zwierzyńca, przypominając, że przypadająca w kolejnym roku 50. rocznica powstania Towarzystwa Miłośników Zwierzyńca, wiąże się z osobami, które wykonały dla Zwierzyńca i Zamojszczyzny niezwykle ważną historycznie pracę archiwizacyjną.

Szczególnie Pan Czesław Służewski, który spisał relacje świadków wojny i funkcjonującego w Zwierzyńcu obozu, dokonał tym dzieła, które może być podstawą do odtworzenia wielu szczegółów i podwalin pod zbiory przyszłego Muzeum Dzieci Zamojszczyzny w zakresie tego, co działo się w Zwierzyńcu.


Wciąż jednak jest to historia u nas żywa, dająca się uzupełnić o nowe fakty, a nawet nowe zdjęcia, które przechowują rodziny dawnych członków Polskiego Komitetu Opiekuńczego, pracowników szpitala czy ochronki. Wciąż da się też pewne fakty, które zostały na którymś etapie błędnie opisane, naprostować. Jedną z takich informacji faktograficznych, którą przekręcają media, ale za źródłem błędnie podawanym przez Archiwum Państwowe, jest podpis dobrze znanego, bo często prezentowanego w mediach, książkach i opracowaniach dotyczących wojny, zdjęcia.
Oto ono:

Renata Jarecka poprosiła obecnych na sali słuchaczy o dokończenie podpisu do zdjęcia, który w formie z luką zaczyna się tak:
Dzieci odebrane z obozu pod opieką…
Oczywiście wśród głosów z sali pojawiło się powtarzane nazwisko: Wanda Cebrykow. I to jest właśnie jeden z błędów – w którymś momencie pojawił się błędny podpis fotografii i teraz dziennikarze, autorzy opracowań historycznych ten błąd powielają, albowiem kobieta na zdjęciu pomiędzy dziećmi to Stefania Kapuśniak, owszem wychowawczyni zwierzynieckiej ochronki, ale z całą pewnością nie Wanda Cebrykow. Jak dowiedzieliśmy się w późniejszej części rozmowy panie Wanda Cebrykow i wówczas Stefania Kapuśniakówna przyjaźniły się ze sobą, odwiedzały się nawzajem, ale zawsze nawet pomiędzy sobą zachowały formalną relację zwracając się do siebie nawzajem „Pani Wando”, „Pani Stefanio”. Stefania – wówczas Kapuśniak, a od 4 sierpnia 1953 roku Olchowa – trzyma na kolanach dziecko, które stało się członkiem rodziny Kapuśniaków, bo zostało zabrane przez rodzinę z ochronki i wychowywało się pod okiem rodziców Stefanii – Antoniego i Marii Kapuśniaków. Chłopczyk ten nazywa się Piotr Leńczuk.


Prowadząca rozmowę z Seniorami TMZ pracowniczka Biblioteki Publicznej w Zwierzyńcu, Agnieszka Maciocha, rozmowę zaczęła od przedstawienia gościa zaproszonego na spotkanie, które – jak przewidywano i co się potwierdziło w stu procentach – zapewne przejdzie nie tylko do historii spotkań organizowanych przez Towarzystwo Miłośników Zwierzyńca, ale do historii Zwierzyńca i Zamojszczyzny w ogóle, gdyż znacząco uporządkowało wiedzę dotyczącą działania ochronki i nieszczęsną dolę wojenną dzieci umieszczonych w obozie w Zwieczyńcu. Agnieszka Maciocha otworzyła rozmowę od pytania, które zadawaliśmy już innym uczestnikom spotkań z Seniorami TMZ, na których gościliśmy potomków znanych lokalnie działaczy jak Halina Matławska i Czesław Służewski. Ta część rozmowy brzmiała tak:
[Agnieszka Maciocha] Marian Olcha to syn pani Olchowej i on dzisiaj przyjął nasze zaproszenie, żebyśmy porozmawiali o tych czasach trudnych. Znowu z takiej naszej perspektywy, a mianowicie perspektywy dziecka, które doświadczyło postrzegania rodzica jako osoby, która ma szczególne zasługi. To oczywiście w wieku dziecięcym jest jeszcze trudne; dopiero z czasem, kiedy nabywamy pewnej świadomości, uzmysławiamy sobie pewne sprawy, to się staje takim procesem i trwa całe życie, już do końca życia. I o tym właśnie od pana Mariana chcielibyśmy dzisiaj usłyszeć. Kiedy ta świadomość o wyjątkowości rodzica się u pana pojawiła?

[Marian Olcha] Muszę państwa zmartwić. Nie było takiej świadomości i jej nie ma do dzisiaj. Nie mam dzisiaj świadomości jakiejś wyjątkowości tego, co przyszło robić mojej mamie. Myślę, że to wynikało z tego, że ona tak to postrzegała. Nie wyniosłem z domu atmosfery jakiejś wyjątkowości tego, co działo się w ochronce.
Jeśli mówić o wyjątkowości, to trzeba jednak przywołać osobę – powiem tak, jak mówiła mama – Pani Ordynatowej. Z dużej grupy tych, którzy ochronkę wspierali, nikt nie stwarzał wrażenia, że robił cokolwiek nadzwyczajnego. W domu moim podobnie – zresztą zacznijmy od tego, że nie nazywano u nas w domu tego miejsca obozem. Moja babcia albo dziadek, którego nie było dane mi poznać, używali określenia „za drutami”. Babcia i mama miały też swoje określenia na panią hrabinę Zamoyską. Babcia mówiła „Pani”. I tyle tylko. Nie było żadnego dookreślenia. Zapytałem kiedyś: „Babciu, dlaczego ty mówisz PANI?”. „Bo tak mówił twój dziadek”.
Podobno – wiem to z opowieści tylko babci czy mamy – to, jak dziadek chciał przekazać informację, że była pani hrabina Zamoyska z jakąś tam sprawą, kwitował to w ten sposób: „Pani była i zarządziła, żeby robić to i to”. Albo: „Pani była” i jakieś tam stwierdzenie padało dalej. Jak powiedział „Pani”, to już było wystarczające.
Mama również w tych wielokrotnych rozmowach i w bardzo rozstrzelonym czasookresie nie mówiła „Pani hrabina” czy „Pani Zamoyska”. Mama zawsze używała określenia „Pani Ordynatowa”. I jak oceniałem to potem – z perspektywy już, powiedzmy, dorosłego człowieka – mógłbym powiedzieć, że to określenie „Pani Ordynatowa”, z całą pewnością było wymawiane przez duże O.
Miała mama dość częsty kontakt z Panią Ordynatową, bo w opowieściach mamy pojawiała się stosunkowo często w ochronce. Nie umiem dookreślić, czy to były codzienne wizyty, pewnie nie, ale musiały być na tyle częste, że mama mówiła, że bywała bardzo często. I jak pytała mnie pani o to, czy była atmosfera czegoś nadzwyczajnego, to nadzwyczajny był stosunek mojej matki do Ordynatowej.
Bo opowiadała, że jeśli pojawiała się w ochronce, to w określonych celach. Jakieś tam wydać dyspozycje, bo przecież była „osobą zarządzającą”. Można powiedzieć to w cudzysłowie, bo ochronka miała kierowniczkę, ale osobą sprawczą była Ona – „Pani”.
Jeśli były jakieś sprawy, w których trzeba było ochronce i pracownicom ochronki pomóc, to sprawy załatwiała. Natomiast nigdy – to mama podkreślała – nie opuściła ochronki bez zapytania: „A co tam w domu? Wszystko w porządku?”. Nie wiem, czy zwracała się do mamy po imieniu. Zapewne tak, bo dzieliła je 10-letnia różnica wieku. Czas był taki, że „nie w porządku” mogło się zdarzyć w każdej chwili.
Tę wyjątkowość osobowości Pani Ordynatowej bardzo często podkreślała moja mama. Jeśli mamy mówić o wyjątkowości, o jakimś bohaterstwie, to mama wskazywała właśnie na Panią Ordynatową, że ma dwójkę małych dzieci, dwie małe córki. Mogłaby do tej ochronki nie przychodzić. Ale przychodziła, nawet ze swoimi dziećmi, brała te chore dzieci na ręce. Przecież z pełną świadomością, że antybiotyki wtedy nie były u nas dostępne, że wszystko, co najgorsze, a tam w tej ochronce było to najgorsze, może zawlec, mówiąc kolokwialnie, do domu.

Więc to był niewątpliwie przejaw dużej odwagi. To, co powiem, jest pewnie niesprawdzalne. Mama miała teorię, i ja tak to postrzegam, że inspiracją dla szeroko rozumianych działań, których efektem było uratowanie dzieci z obozu i zaopiekowanie się tymi dziećmi w ochronce, była ordynatowa.
Nie wiem, w oparciu o co mama to powiedziała, czy miała taką wiedzę, że ordynatowa kiedyś powiedziała, że prosiła męża, żeby mogły być tego typu rozmowy. Ja spekuluję, nie wiem tego, czy poprosiła męża, a może mama jakąś taką intuicją kobiecą stwierdziła, że to, że ordynat pojechał do Globocnika, to, że zaczęło się to wszystko dziać wokół obozu dzieci i ochronki, to była inspiracja pani ordynatowej.


[Agnieszka Maciocha] Do tego zresztą przyznał się sam ordynat. To, co Pan mówi, co wyczuł Pan z opowieści mamy, to teoria jest już potwierdzona, bo o tym samym mówił ordynat w wywiadach, że rzeczywiście z inicjatywy żony podjął te działania.
[Marian Olcha] Czyli potwierdza to teorię mojej mamy, ale wracając do bohaterstwa… Nie tak dawno miałem okazję dłuższej pogawędki z panem Marcinem Zamoyskim. W czasie obchodów 120. rocznicy powstania szkoły w Klemensowie, a 20. nadania imienia Róży, więc rozmawialiśmy o jego matce. I przy okazji rozmawialiśmy o mojej, ale on, pan Zamoyski, miał zbieżne odczucia z moimi. On mówił, że nigdy w domu nie odebrał najmniejszego sygnału, że matka robiła coś wyjątkowego. A przecież to niewątpliwa zasługa Pani Ordynatowej.
To, że była wyjątkową osobowością, to prawdopodobnie też jest jej sposób postrzegania Pani Ordynatowej. Opowiem coś, co będzie dobrze obrazować stosunek mojej matki do Pani Ordynatowej.
Znowu musi pojawić się dygresja. Zamoyscy po 1945 roku otrzymali zakaz przebywania na terenie Zwierzyńca. We wczesnych chyba latach 60. zaczęli się tutaj pojawiać, meldowali się.
Ordynat przychodził do urzędu gminy, rozmawiał tam. Między innymi rozmawiał z moim ojcem też o różnych sprawach, bardziej prywatnych niż tych takich oficjalnych. Ale przyjeżdżali w tych wczesnych latach 60. do Zwierzyńca.
Myślę, że to mogły być obchody związane może z odpustem, bo były miesiące letnie. Byłem ciągany przez rodziców na te uroczystości kościelne. Jako że było to lato, to mieliśmy takie swoje miejsce na ławeczkach przed figurą Matki Boskiej. Odpowiednio wcześniej przychodziliśmy, zasiadaliśmy na nich.
No i przyszedł taki moment, w którym słychać było podjeżdżający samochód. Wczesne lata 60., więc za wiele tych samochodów w Zwierzyńcu nie jeździ. Większość osób się odwraca, żeby zobaczyć, kto naprzeciwko figury, przy płocie parkuje. Było to coś, czego Zwierzyniec w tamtych czasach za często nie widział.
Pytałem Marcina, czy pamięta, jakim samochodem przyjeżdżali rodzice, ale on mówił, że jego wtedy nie było i jeśli przyjeżdżali, to przyjeżdżały siostry. Ale przypuszczalnie musiał to być albo Peugeot, albo Citroen. Czarna, ogromna limuzyna, przynajmniej oczami dziecka.
No i wysiadało z tej limuzyny dwoje ludzi. Ja sióstr nie pamiętam, może gdzieś tam przechadzały się. Wysoki, postawny mężczyzna i idąca obok niego kobieta. Obchodzili ten cmentarny plac i wchodzili od strony browaru. I jak dochodzili na wysokości ławek, na których siedzieliśmy, to mama tak dyskretnie, żeby nie było to takie bardzo ordynarne wskazywanie palcem, mówiła do mnie: „Maryś, patrz, to idzie Pani Ordynatowa z mężem”. Nie szedł hrabia z żoną, ordynat z małżonką, tylko szła Pani Ordynatowa z małżonkiem. Takie rzeczy mi utkwiły w pamięci. Nie odczułem natomiast tej wyjątkowości w odniesieniu do mojej mamy. Zresztą myślę, że gdyby ktoś próbował czynić z tego, co mama robiła, piastując te dzieci w ochronce, nawet gdybym ja na przykład chciał jakoś to podkoloryzować i powiedzieć: tak, była wyjątkowa, była bohaterką – to mama by się w grobie przewróciła. Postrzegała to zupełnie inaczej, uważała, że był taki czas i trzeba było to zrobić. Akurat padło na nią, ale mama nie była tam sama.
Kierowniczką była pani Zajączkowska. Musiała umrzeć między wojną a czasem, w którym ja mogłem mieć świadomość, że to jest ta pani. Była też z mamą jeszcze pani, choć – użyję słów mamy, a mama mówiła „Bujakówna”.

I jeszcze osoba, którą znałem, szanowałem, była moją wychowawczynią, to była pani Wanda Cebrykow. Myślę, że mogę powiedzieć, że były ze sobą zaprzyjaźnione z moją mamą. Bywaliśmy bardzo często – opowiem tak, jak to kiedyś wypowiadałem – u „pani Wandy”. Bo odwiedzaliśmy panią Cebrykow w domu (ostatni zakręt od strony Biłgoraja za fabryką mebli). Nie jestem w stanie odtworzyć wnętrza tego mieszkania, ale wydawało mi się takie staroświeckie, takie z dwudziestolecia międzywojennego. A że byłem takim dzieciakiem jeszcze małym, to interesowało mnie to, co pewnie każdego chłopaka interesowało – spreparowane trofea łowieckie. I moja mama i Wanda Cebrykow sobie tam siedziały – mimo tylu lat, że się znały, to było „pani Stefanio”, „pani Wando”. Dziesięć lat jest różnicy między nimi, bo pani Wanda była z 1910 r., a moja mama z 1920.



Ja tam się kręciłem i w pewnym momencie chciałem coś zapytać, więc podszedłem i zapytałem: „Pani Wando, czy mogę…?” i dalej to coś. Mama popatrzyła na mnie, ale tak, że mnie miało to zmrozić. No ale ja nie zrozumiałem tego wtedy.
I znowu tam gdzieś się kręciłem i znowu: „Pani Wando, czy ja mogę…?”. No, jak się skończyła ta wizyta, mama nie wytrzymała długo. Wzięła mnie tak za rękę (gest na pani Agnieszkę) i powiedziała: „Pani Wanda to jest dla mnie, a dla ciebie to jest proszę pani”.
A ja się usprawiedliwiam: „Bo pani Wanda była moją wychowawczynią w starszakach, ja tak mówię, bo tak wszyscy mówią”. A mama na to: „Jak wszyscy źle mówią, to ty nie musisz. Masz mówić «proszę pani»”. I poskutkowało na długo. Nauczyła mnie mama tego, że nie dla każdego właściwą formą jest „pani Wanda”.
Miały miejsce też odwiedziny pani Wandy w przedszkolu. Pani Wanda była wtedy kierowniczką i zawsze wychowawczynią tej najstarszej grupy. Poszliśmy z mamą podziękować, bo kończyła edukację przedszkolną moja siostra. I dostałem wtedy w prezencie od pani Wandy Cebrykow „Quo vadis” z dedykacją, która się zaczynała tak, jak dzisiaj przywitałem się z panią Sankowską, która jest dla mnie panią Martą Rybicką. Zresztą zaraz będzie przepytywana, bo mam pewne wątpliwości co do swojej wiedzy.
Bo dedykacja zaczynała się: „Kochanemu Marysiowi” – i tak dalej. Ja w czasach zwierzynieckich dla większości znajomych nie byłem Marianem, tylko Marysiem. Jak potem próbowałem to dedukować, dlaczego tak, to wydawało mi się, że dlatego, że byłem późnym dzieckiem. Mama miała 34 lata, jak mnie urodziła. Była chyba głęboko wierzącą i wydaje mi się, że może miałem być dziewczynką Marysią, bo nawet imieniny nie obchodzę na Mariana, tylko na Marii, 8 grudnia. I tak to zostało – byłem Marysiem. Może ofiarowała mnie Maryi jako szczęśliwe, późne dziecko. Nigdy nie zapytałem i to już tak zostanie, że będę żył w nieświadomości.
Wracając do funkcjonowania ochronki jakby w moim rodzinnym domu… Już chyba sygnalizowałem, że nie umiem umieścić tego ani w czasie, kiedy zacząłem cokolwiek rozumieć, i nie potrafię też powiedzieć, co było jakimś takim motywem inspirującym, że się nagle pojawiała ochronka, pojawiał się problem obozu. One były stale. Z drugiej strony trudno jest się dziwić, że to się pojawiało, skoro mama z tą ochronką była związana, tak jak już mówiłem.
Moi dziadkowie, kiedy ochronka była likwidowana, wzięli z niej dziecko i to dziecko było z nami zawsze. To był naturalny członek rodziny, który do mojej babci mówił „mamo”, zapewne do dziadka też się zwracał „tato”. Ale jak mówiłem, ja dziadka nie pamiętam.
Do babci zawsze „mamo”, „mamo”. Do mojej mamy Stefcia. A do mojego ojca nigdy nie słyszałem, żeby inaczej niż „szwagier”: „Szwagier, byś mi to podtrzymał”, „Szwagier, coś tam”. I trochę, przynajmniej w niektórych sprawach, był traktowany jak takie przerośnięte dziecko przez moich rodziców.
Jak jechał na egzaminy do szkoły średniej, to nie pojechała z nim babcia. Była po prostu nieporadną osobą, a pojechał mój ojciec. Bo też powinienem chyba to zaznaczyć, że moi dziadkowie – tak by się to formalnie określiło – pochodzili z nizin społecznych. Dziadek ze strony mamy pochodził z Brodów, a więc niedaleko. Babcia pochodziła z Tereszpola. Pojawili się tu w Zwierzyńcu w nieznanych mi okolicznościach.

Dopóki byłem dzieckiem, to zawsze wydawało mi się, że w Zwierzyńcu byli od zawsze. W rzeczywistości tak nie było. Dziadek był – wydaje mi się, że chyba Ordynacja go tu sprowadziła – pracownikiem browaru. Zresztą babcia często posługiwała się takim terminem: „Za ordynacji to było tak i tak”. Albo: „Przed okupacją to było tak i tak”. Więc pochodził z rodziny chłopskiej, bo jak pochodził z Brodów, to siłą rzeczy to wiadomo. W Zwierzyńcu natomiast cały czas był pracownikiem browaru. Odbył służbę wojskową, zresztą przywiozłem ze sobą pewne zdjęcie, bo to jest ogromna ciekawostka.


Zdjęcie dziadka Mariana Olchy, ojca Stefanii Kapuśniak, Antoniego Kapuśniaka.
[Agnieszka Maciocha] To jest oryginał, tak?
[Marian Olcha] To jest oryginał. Zawsze był traktowany jak relikwia, a teraz tym bardziej. Domowa opowieść, czy wręcz legenda, mówiła o tym, że dziadek był w wojsku carskim w Pekinie. Jak byłem takim niedużym chłopakiem, to mi się wydawało, że chyba się coś dziadkowi albo babci pokręciło z tym Pekinem. Ale jak byłem już troszkę większy, zobaczyłem, że na tej tekturce jest rzeczywiście pismo chińskie. A już jak trochę czasu minęło i pojawiły się możliwości tego sprawdzenia, to rzeczywiście zdjęcie jest zrobione – jak pokazują te napisy – w renomowanym zakładzie fotograficznym Pekinu.
Najprawdopodobniej niemieckim, bo napisy na tej tekturce są po chińsku i po niemiecku. Jak trochę pogrzebałem w historii, to okazało się, że rzeczywiście w tamtym czasie Niemcy dość mocno penetrowały rynek chiński i takie rzeczy mogły mieć miejsce.
A najprawdopodobniej dziadek służył w ochronie albo konsulatu, albo ambasady rosyjskiej. To się da dzisiaj łatwiej poszukać. Było takie powstanie bokserów i wojna rosyjsko-japońska i Rosjanie zaczęli mocno penetrować Chiny i utrzymywali tam stosowny kontyngent wojskowy, w którym dziadek służył. I zapewne, jak na zdjęciu widać, w jakiejś formacji konnej, kawaleryjskiej, bo i mundur, i ostrogi przy butach. A ja dobrze pamiętam takie żartobliwe stwierdzenie babci, która mówiła, że dziadek kochał dzieci i konie. Zapytałem kiedyś: „A ciebie?”. Chyba też – to stwierdzam ja, ale babcia nie odpowiedziała.
Na pewno kochał konie i dzieci. Miał mnie uczyć jeździć, to też opowieść babci, na koniu. Nie udało się, bo za wcześnie odszedł. Na pewno by mnie nauczył, gdyby dłużej żył. Do dzisiejszego dnia żałuję właśnie tego, że nie umiem jeździć konno. Mam takie niespełnione marzenie dziadka, którego nie zrealizowałem jako wnuczek.


Dziadek pojawia się też w kontekście wspierania obozu. I to chyba jeszcze zanim pojawiła się kwestia wyprowadzenia dzieci, bo zanim była pomoc ochronki, to też była pomoc dla więźniów dorosłych. Ta pomoc oczywiście była też organizowana i sponsorowana w dużej mierze przez Ordynację, a personalnie przez panią ordynatową, oczywiście za aprobatą małżonka. Ale ten cały zakątek przy późniejszej ochronce był już wcześniej od gotowania zupy.
I to też w tego typu sytuacjach pojawiała się osobiście „Pani” i zarządziła na przykład, żeby gotować kartoflankę. I kartoflankę gotowały wszystkie gospodynie mieszkające w okolicy.
Nie przywołam na pewno wszystkich, ale łatwiej mi jest przywołać na przykład panią Osmulską, bo chodziłem w szkole podstawowej z Ewą Osmulską do jednej klasy, to pamiętam. Wymieniane są panie Jakoszowe, pani Żuk, Sterynowska. Zresztą Sterynowska to siostra mojego dziadka, która wyszła za mąż za brata mojej babci :). Oni po wojnie wyjechali do Wrocławia.
Więc to dziadek pojawia się jako ten, który podjeżdżał pod kolejne mieszkania. Wynoszone były kociołki z zupą, wlewane to było do jednego kotła i dziadek jechał do obozu. Też nie umiem powiedzieć, czy wjeżdżał za bramę, czy było to rozdysponowane przed bramą. No, w każdym razie był tym, który to woził.

Więc jeśli patrzeć na to z perspektywy wyjątkowości, tego bohaterstwa, o które pani zapytała, to i na to trzeba było dużo odwagi. Ale znowu – nigdy czegoś takiego w domu nie usłyszałem. Dziadek po prostu woził zupę „za druty”. Jeszcze raz chcę powiedzieć, że jako dziecko nigdy nie odnosiłem wrażenia, żeby – czy mama, czy babcia – robiły coś wyjątkowego.

[Agnieszka Maciocha] Pan oczywiście nie tyle zaprzecza, co nie odczuwa tej wyjątkowości, ale ja będę dociekliwa i muszę zapytać, czy już będąc człowiekiem dojrzałym, oglądając rodzinne pamiątki w formie zdjęć, tutaj na pewno pan nie zaprzeczy, że pewien rodzaj dumy z tego, co robili dziadkowie, z tego, co robiła mama, to już się u pana pojawił i trwa, prawda?
[Marian Olcha] Jeśli miałbym to określić mianem dumy, to mam wrażenie, że miałbym pewien dyskomfort. Cieszę się, że moi dziadkowie i moja matka tak się zachowali. Ale nie mogę postrzegać tego inaczej, niż postrzegali to oni. Musiałbym po prostu mijać się z prawdą.
Musiały to być wczesne lata 60., albo jeszcze inaczej. Była taką tradycją mojego domu, że rodzice pracowali do 15. Mieli wygodnie chodzić do pracy. Do pracy chodzili do urzędu od strony ulicy Partyzantów, a z tyłu tego budynku zajmowaliśmy my mieszkanie, więc do pracy mieli blisko. Kończyli pracę o 15. Ja musiałem się meldować zawsze w domu przed 15, bo pięć po 15 zaczynał się obiad, co mi się bardzo nie podobało, bo musiałem przerywać swoje sprawy. Nie było „zmiłuj się”, jakbym się na to spóźnił. I po obiedzie, kontynuuję tę tradycję, moja żona, po obiedzie trzeba koniecznie wypić herbatę. Jak bywałem u rodziców w pracy, to pili herbatę w szklankach. A po obiedzie w domu mama robiła sobie herbatę. Nie w kubeczku, tylko w kubasie. Duży kubek herbaty. I choć pracowali oboje w tej samej instytucji, przecież w tym samym budynku, to po obiedzie była wymiana poglądów, co się tego dnia wydarzyło.
No i teraz już przechodzę do rzeczy. Mama wymieniła nazwisko i mówi, że znowu był, powiedzmy: „Był Kowalski i znowu męczył mnie z tym ZBoWiD-em”. „No, ale jak męczył?”. „No, nagabywał mnie, żebym wstąpiła, że to takie było bohaterskie, ratować te dzieci i tak dalej”. No i ojciec mówi: „No i co mu powiedziałaś?”. „No i co ja, co mogłam mu powiedzieć? Powiedziałem mu, że… bohaterką to była Irena Krasulanka, że prawdziwi bohaterowie to leżą pod Osuchami”. A ojciec mówi: „Oj, przestań, nie mogłabyś do tego podejść trochę inaczej?”. Na co mama: „Nie będę robiła niczego przeciwko sobie”.
W niektórych sytuacjach pewnie nie było jej łatwo. Była taka mocno kategoryczna. Nie było szarości, było albo czarne, albo białe. I czasami analizowałem, czemu nie chciała. Wydaje mi się – podkreślam, dlaczego mówię „wydaje mi się” – bo to mówię już z perspektywy zupełnie innej, choć czasami zastanawiam się, czy gdzieś czegoś nie posłyszałem. Mama miała pewne wątpliwości, czy „Dzieci Zamojszczyzny” i całego tego tematu obozowego i tego, co się z tym wiązało, w pewnym momencie nie starano się rozgrywać politycznie.
Przypomnijcie sobie państwo albo poszukajcie, bo przecież tutaj dominują państwo znacznie młodsi, ale to jest sprawdzalne. Koniec lat 50., początek lat 60. Spróbujcie państwo znaleźć informacje o Dzieciach Zamojszczyzny. Nigdy nie znajdziecie państwo – i o tym za chwileczkę powiem – kto te dzieci ratował.

Jeszcze zaraz jedna dygresja, bo popatrzyłem na Lucynę i sobie przypomniałem. Jak pamiętacie o tym coś z lekcji historii, to wyjątkiem była moja nauczycielka, pani Matławska. Ale nikt więcej.
Generalnie ja podręczniki historii znam dobrze, i te starsze, i te najnowsze. Nie znajdziecie w nich niczego. Moja matka z tego powodu się oburzała. Został wydany taki album „Zamojszczyzna”. Wydaje mi się, że na 20. rocznicę PRL-u. Tam jest właśnie to zdjęcie mamy wrzucone i jest takie stwierdzenie: „Dzieci uratowane z obozu przejściowego”. I mama się irytowała na to określenie. I rzucała takie hasło: „Same się uratowały? Nie mogą napisać, że uratowali te dzieci Zamoyscy?”.

Nie znajdziecie państwo tego faktu w opisach z tamtych czasów. Nie znajdzie się słowa, kto te dzieci uratował. Uratowały się same. A jeśli pojawia się cokolwiek, to takie eufemistyczne określenie, że społeczeństwo zaangażowało się w ratowanie dzieci. Matka była świadoma, że jest to zakłamywanie stanu rzeczywistego. Samo się zrobiło – bez Ordynatowej, bez Zamoyskich, bez Ordynacji.

Oczywiście, że społeczeństwo było bardzo zaangażowane. Mama opowiadała o koleżankach domokrążcach, które w Zwierzyńcu i w okolicznych wioskach chodziły i zbierały wszystko to, co było potrzebne do funkcjonowania ochronki. Zresztą ochronka oficjalnie miała żywić tylko dzieci, ale to też wiem z mamy opowieści, że było inaczej. Chyba mama miała jeszcze gdzieś zakodowane, że o pewnych rzeczach nie mówi się zbyt oficjalnie. W ochronce byli opatrywani i zaopatrywani także ludzie z lasu. Dość często padały nazwiska określonych osób, które były związane z oddziałami z okolic Zwierzyńca. Także na pewno to miało miejsce. I to jest jakby próba odpowiedzi, że mimo upływu lat, jeśli patrzę dzisiaj na to, co robi 23-letnia dziewczyna, tak powiem o swojej matce, to jest to jakby trochę działanie nietypowe.
No, ale to jeśli patrzymy z dzisiejszej perspektywy. Dzisiaj 23-letnia dziewczyna chodzi do dyskoteki, na zabawy, na imprezy itd. A tu 23-letnia dziewczyna, młoda kobieta, bierze się za niańczenie obcych dzieci, dotkniętych bardzo przez los. Ale jak opowiadała mama o ich stanie zdrowotnym, to to sobie trudno wyobrazić, jak w czymś takim funkcjonować bez dzisiejszych lekarstw. Tam wszelkie choroby, jakie tylko mogły się pojawiać wśród tych dzieciaków, miały miejsce. Także pozostaję niezmiennie przy tym, że nie będę się doszukiwał bohaterstwa.
[Agnieszka Maciocha] Myślę, że jednak publiczność to podzieli moje zdanie. Pan tej odpowiedzi udzielił bardzo pośrednio, ale ona jest twierdząca.
[gromkie brawa całej sali]

Daję panu chwilę odpocząć, bo wspomniał pan o tym, że oczywiście ta spontaniczna pomoc społeczeństwa, ona była jak najbardziej realizowana, ale byłaby uboższa, gdyby nie taka pomoc zsynchronizowana, zainicjowana i prowadzona przez państwo ordynatów. I tutaj oddam Reni Jareckiej głos, bo ona o działalności Polskiego Komitetu Opiekuńczego ma przygotowane materiały i nam tutaj temat zgłębi.
[Renata Jarecka] Ta prezentacja tak naprawdę cały czas tutaj gdzieś w tle „leci” i Państwo mają okazję się zaznajamiać z pewnymi informacjami w tle opowieści Pana Mariana. Na pewno chcę Państwu zaprezentować pewne osoby, które działały w ramach Polskiego Komitetu Opiekuńczego i tutaj też pan będzie miał okazję może jakieś nazwiska skojarzyć z tego, co może opowiadała mama.
Te zdjęcia pań, które przygotowywały posiłki, które pomagały w ochronce, w szpitalu, więc ta moja forma prezentacji będzie bardziej zdjęciowa. Ale zacznijmy od czegoś innego. Wspomniał Pan o dzieciach, które były zabierane przez różne osoby w Zwierzyńcu. Jestem ciekawa, jak dużo tych osób było, bo w tych materiałach, które zebrał pan Czesław Służewski, nie ma wspomnianych zbyt wielu nazwisk osób, które wzięły do siebie dzieci z obozu. Tak naprawdę to jest ich, powiedziałabym, zaskakująco mało. Gdy to „odkrycie” konfrontowałam niedawno przed niedzielną uroczystością, upamiętniającą 83. rocznicę likwidacji obozu, zdziwiłam się, że jakoś tak mało jest tych nazwisk osób, które wzięły dziecko z obozu. Więc może jeszcze tutaj przy tym wątku chwilkę się zatrzymajmy.
[Marian Olcha] Zechcę przywołać do pomocy panią Martę Rybicką. Wesprze mnie na pewno. Wersja domowa moja. Szczepan Maciocha, kolega Piotrka Leńczuka, którego wzięli moi dziadkowie, w wersji mojej domowej został wzięty przez pani mamę. Tak moja mama mówiła, że przez pani Marty mamę.

Szczepan w oficjalnej wersji nie był jednak Szczepanem Maciochą. To był Szczepan Buchowski. Jak Piotrek informował, że koledzy będą go odwiedzali, to też nie mówił: „Mamo, przyjdzie do mnie dzisiaj Szczepan Maciocha”, tylko mówił, że przyjdzie Szczepan Buchowski. Mnie się wydaje, ale Pani Marta może to potwierdzi w stu procentach, że państwo Buchowscy przejęli Szczepana od Pani mamy. A pani Buchowska, mnie się wydaje, to była siostra Pani mamy. Jeśli mój trop by się potwierdzał, to byłbym strasznie zadowolony, że trafnie to oceniłem. Bo ja państwa Buchowskich tylko znam z opowieści mamy. Natomiast chyba ich nie widziałem nigdy, albo wyjechali ze Zwierzyńca? Ja nikogo więcej nie znam poza naszym Piotrusiem Leńczukiem i Szczepanem Buchowskim, jeśli chodzi o dzieci, które rodziny wzięły. Słyszałem, że były inne dzieci wzięte, że było ich więcej, ale że znaleźli się rodzice i te dzieci wróciły do rodzin.

Szczególny przypadek jest tego dziecka, które wzięli moi dziadkowie, bo wzięli go z ochronki. Też nie jestem w stanie doprecyzować. Myślę, że do 1945 roku Piotruś przynajmniej był tu, w Zwierzyńcu, u moich dziadków. Znaleźli się jednak jego rodzice. Pochodzili z Zamchu i ci rodzice przyjechali, i to dziecko zostało po prostu oddane. Babcia opowiadała, że była wielka rozpacz w domu, ale skoro są rodzice, to zabrali.
Też nie jestem w stanie ulokować, czy to 1946 r., czy 1947. Ci rodzice pojawili się u moich dziadków i stwierdzili, że tam w Zamchu nie mają warunków na tyle dobrych, żeby go wychowywać, i czy dziadkowie wezmą go z powrotem.
No i wtedy po dość krótkim okresie czasu odwróciły się emocje z wielkiego żalu. Była wielka radość, bo Piotruś wrócił i został do końca. Opuścił dom rodzinny wtedy, kiedy poszedł do wojska. I już wtedy założył własną rodzinę. Dziś już nie żyje.
Widzicie państwo tutaj akurat fragment wypowiedzi Władysława Zdziocha ze Zwierzyńca, który wymienia dokładnie takie nazwiska osób zaangażowanych w pracę ochronki: „Zajmowały się tym Róża Zamojska, Wanda Cebrykow, Władysława Wójcik, Stefania Kapuśniak, Jadwiga Zdzioch i inni”. Jestem bardzo ciekawa tych „innych”. Czytajmy dalej:
„Część dzieci umieszczono w ochronce w Zwierzyńcu. Niektóre dzieci znalazły opiekę w zastępczych rodzinach. W domu Buchowskich Szczepan Maciocha, w domu Kapuśniaków Piotr Leńczuk. U nas w rodzinie przebywała malutka Niunia. Kiedy przyjęliśmy ją, miała półtora roku. Nie znano jej imienia ani nazwiska. Dopiero po wojnie, gdy jej rodzice wrócili z Niemiec, gdzie ich wysłano na roboty, okazało się, że nazywa się Janina Kusiak. Była jedną z bliźniąt. Jej bliźniacza siostra Katarzyna zmarła w Szpitalu Zwierzynieckim 7 sierpnia 1943 roku. Rodzice pochodzili z Nowej Wsi koło Krasnobrodu. Poznali swoją córeczkę i zabrali ją od nas w październiku 1947 roku”.
I mamy zdjęcia prezentowane w książce pana Czesława Służewskiego. Zdjęcia pokazujące właśnie tę Niunię, czyli Janinę Kusiak. Ale mamy też Stanisława Kosteckiego z Martunią, dzieckiem z obozu. I dowiadujemy się od pani Lidii Sadowskiej, która w Zwierzyńcu mieszka. Jest zresztą pani Lidka z nami. Zaraz wszystkich kolejno poprosimy Państwa o uzupełnienia. Zacznijmy może od osoby wywołanej przez naszego Gościa, Pana Mariana Olchę, czyli od Pani Marty Sankowskiej z domu Rybickiej.
Pani Marto, chcemy dopytać o tego chłopczyka, który był u państwa w domu. Czy pani jest nam w stanie opowiedzieć? Bo nie jesteśmy do końca pewni, czy ten chłopczyk był u państwa Buchowskich najpierw, a potem do państwa do domu został zabrany, czy odwrotnie?



[Marta Sankowska] Nie, Szczepcio był wzięty przez ciocię, bo ciocia tam do szpitala chodziła. Ze trzy tygodnie męczyły go choroby. Szczepcio był taki malutki. No i ciocia go wzięła, żeby go wyleczyć na jakiś czas do siebie do domu. A z mieszkaniem to było tak. Ciocia mieszkała tutaj, gdzie teraz mieszkają państwo Kurzępowie. Tu był dom naszych dziadków, Jana Piotra Kozyry, który tutaj jest pokazywany na zdjęciu, był stangretem u Zamoyskich.
I w czasie bombardowania Zwierzyńca ten dom spłonął. No i wtedy moja mama zabrała siostrę z rodziną do swojego domu. I już mieszkaliśmy tutaj, w tym domu, gdzie ja teraz mieszkam na Zamojskiej. Mieszkaliśmy wszyscy razem.
A później w 1948 roku już wujek umarł, ciocia została sama, córki poszły na studia, wkrótce powychodziły za mąż. Ciocia została sama i z nami już Szczepcio już wtedy tylko był. I tak mieszkaliśmy wszyscy razem w tym naszym domu.
[Renata Jarecka] I do kiedy ze Szczepciem rodzina miała kontakt? Do końca jego życia?
[Marta Sankowska] Ja Szczepciem się opiekowałam do jego śmierci. Bo już umarła ciocia i później moja mama umarła. No i ja mieszkałam jakiś czas w bloku, później, po śmierci mojej mamy. I nie mogłam sobie wyobrazić, żeby w tym domu ktoś inny mieszkał, nie ja.
Wszyscy mówili: „Co ty wyprawiasz? Idziesz tam, gdzie nie ma ani kanalizacji, ani tego, ani tamtego, a wszystko masz w bloku”. A ja sobie nie wyobrażałam, żebym tamtędy przechodziła, a ktoś inny siedział w naszym ogródku. To było pod zarządem w fabryce mebli, więc pozwoliło nam to na przeprowadzkę.
Już wtedy mieszkaliśmy ja z mężem, z dziećmi i ze Szczepciem. Szczepcio był od 20. roku życia chory na cukrzycę. Wtedy nie było takiej wiedzy, że potrzebna jest dieta, że to nie tylko zastrzyki. Robił sobie te zastrzyki dwa razy dziennie, ale to nie wystarczało. Bardzo często miał ataki – przewracał się, telepało go. Niektórzy przychodzili i mówili: „Szczepan leży pijany w malinach”. A on poszedł zrywać maliny i złapał go atak. On po prostu nie mógł się wcześniej zbadać – tego nie było, a trzeba było reagować. Wiedziałam już, jak go ratować, ale w jednym przypadku nie wiedziałam, co robić. No i przyjechała karetka z lekarzem. Lekarz mnie wtedy poinstruował, co mam robić. Od tamtej pory nasłuchiwałam tylko, czy Szczepcio siedzi, czy się przewrócił. Czasem było tak, że z jego kuchni do pokoju – za drzwiami był piec – on siedział na krzesełku, podrzucał drewienka i palił. W tym czasie łapał go atak, przewracał się. Słyszałam, że się telepie. Miałam klucze, wchodziłam do kuchni, ale nie mogłam wejść do pokoju, bo leżał za drzwiami. Były różne przypadki, czasem bardzo przykre.
[Renata Jarecka] Czy Szczepcio miał kontakt z innymi dziećmi z obozu? Czy Państwo się kontaktowaliście z rodzinami, które wzięły dzieci?
[Marta Sankowska] Nie, nie widzieliśmy się z nikim. Znaliśmy tylko Piotrusia Kapuśniaków.
[Renata Jarecka] A czy ci chłopcy mieli jakieś opowieści, wspomnienia z tamtego życia?
[Marta Sankowska] Nie, oni byli za mali. Szczepcio urodził się w 1939 roku. Piotruś był jeszcze młodszy.
Dziękujemy, Pani Marto, za historię Szczepcia.
[brawa całej sali]
[Renata Jarecka] Generalnie Niemcy zezwolili wypuścić dzieci do piątego roku życia, więc większość to były takie kilkuletnie maluchy. Drodzy Państwo, tego zdjęcia jeszcze nigdy nie widzieliście i nie wiem, czy w ogóle ktokolwiek publicznie widział. Ponieważ to zdjęcie otrzymałyśmy tydzień temu, w ostatnią niedzielę po uroczystości w Zwierzyńcu.

Jest to zdjęcie Jasia Lisa. I tego Jasia Lisa, jak się okazuje, wzięła rodzina o nazwisku Madeja. Córka pani Madejowej, Urszula Madeja-Kulecka, która akurat przebywała w Zwierzyńcu w ostatnich dwóch tygodniach, spotkała się z nami i opowiedziała nam taką historię. Odczytam, co spisałam, z opowieści Pani Uli:
„Mama, czyli Władysława Madeja, wzięła z obozu Jasia Lisa. Taki, taki śliczny malutki, ale bardzo był schorowany, zawszony, zaświerzbiony, ze straszliwą biegunką i zawsze był taki smutny. Chociaż akurat na zdjęciu troszeczkę jakby się uśmiecha.
Rodzice i babcia położyli dużo wysiłku, by go wyleczyć. I kiedy już było z nim lepiej, pojawiła się matka. Nie przywiozła niczego dla niego, nie przytuliła, tylko na wejściu już oznajmiła, że najlepiej, jakby jeszcze tu został, to by go nasza rodzina jeszcze odchowała.
Babcia się zdenerwowała i kazała tej matce zająć się swoim dzieckiem. Mama strasznie płakała, bo już się przywiązała do Jasia.
Kontaktu latami już z tą rodziną nie było. Kiedy po latach znalazła się w szpitalu w Biłgoraju u doktora Pojaska na operacji dróg rodnych, to zgadała się z pielęgniarką, która była z tej samej wsi co rodzina Jasia. Zapytała o niego, ale pielęgniarka nie kojarzyła najpierw w ogóle. Dopiero po przypomnieniu, że to było w czasie wojny, że dziecko było w obozie w Zwierzyńcu, pielęgniarka sobie przypomniała straszny los tego chłopca.
Jego własna rodzina tak go zaniedbała, że dziecko zmarło. Mama była ponownie w rozpaczy, że to dziecko nie zostało u nas”.
A tu jeszcze mamy zdjęcie tymczasowych rodziców, czyli właśnie pani Władysławy i Zdzisława Madejów z Jasiem.

Jak nam powiedziała córka pani Madejowej, ta wygląda jak dziewczynka, bo bluzeczka była zrobiona z sukienki którejś dziewczynki z rodziny. Te dwa nowe zdjęcia, których nigdzie nie widzieliśmy w prasie, bardzo ujmujące, przyznacie Państwo.
I na pewno jeszcze będziemy tutaj drążyć i poszukiwać innych zdjęć. I smutna historia, bo później często bywało tak, że te rodziny, do których dzieci wracały, nie były w stanie tak naprawdę też, po swoich jakichś wojennych doświadczeniach, tymi dziećmi się zaopiekować na tyle, żeby one były faktycznie ocalone. I los wielu nie zakończył się happy endem, choć mamy też i szczęśliwie ocalone dzieci, jak ta dziewczynka zabrana z obozu przez Stanisława Kosteckiego.
Pani potwierdza, pani Lidio, tę wersję? Stanisław Kostecki – według relacji Heleny Szaciłowskiej z domu Świda – „26 lipca zabrał do siebie Martę Antoniak, córkę Władysława, urodzoną 7 lutego 1941 roku w Aleksandrowie. W rodzinie Kosteckich przebywała do pełnoletności. Obecnie nazywa się Marta Suwart, mieszka w Sopocie” – to fragment relacji z książki Pana Służewskiego. A od pani Lidii dowiadujemy się właśnie, że przebywała i opiekowała się przybranymi rodzicami długo.

Teraz też możemy zresztą panią Lidię poprosić, jeśli będzie chciała nam coś tu uzupełnić.
[Lidia Sadowska] Chciałabym opowiedzieć o Panu Stanisławie Kosteckim i o Martusi – w skrócie. Stanisław Kostecki to mąż siostry mojego dziadka Michała Gottwalda. Czyli ja miałam dziadka Michała Gottwalda – to był ojciec mojej mamy – leśnik, po Politechnice Lwowskiej. Pracował u hrabiego Tarnowskiego przed wojną. Byli w więzieniu całą rodziną na Syberię. Wrócili wszyscy, czyli dziadek z żoną i trojgiem dzieci. Po wojnie był leśnikiem do końca swoich dni. Natomiast jego siostra Helena jest pochowana tutaj u nas w Zwierzyńcu na cmentarzu, ponieważ Stanisław Kostecki, który był również po Politechnice Lwowskiej, został skierowany na praktykę do mojego pradziadka, też Michała Gottwalda, który mieszkał w Chmielowie i był zarządcą u hrabiego Tarnowskiego. Odbywał tam praktykę. Tam poznał swoją przyszłą żonę. Zanim się pobrali, trafił – mając wysokie noty u mojego pradziadka – do pracy do Zwierzyńca, do Ordynacji Zamojskiej. Z polecenia, z dobrą oceną.

Wtedy ożenił się z moją – powiedzmy – ciotką. I urodziła się tam Danuta – Danuta Kostecka, której wspomnienia mam z jej okresu zwierzynieckiego. Ciotka, czyli mama Danuty, zmarła na hiszpankę.
Córka nie została z ojcem, tylko dziadkowie ją zabrali i ją wychowywali. Mamka ją pielęgnowała, wychowywała. W stosownym czasie – jak Państwo widzą – zabrali jedno dziecko do siebie. I ja mam urywek wspomnień cioci o Marcie.
Martę poznałam osobiście – przyjechała do Zwierzyńca jakieś 20–25 lat temu. Chciała zobaczyć Zwierzyniec, gdzie się wychowała faktycznie. Pozwolę sobie przeczytać urywek wspomnień mojej ciotki „O dzieciach w obozie”:
„Wiele wiele dobrego chciała zrobić dla dzieci niezapomniana pani hrabina Ordynatowa Zamoyska. Poruszyła niebo i ziemię, żeby wyrwać z hitlerowskich łap te niewinne małe istotki. Wyjednała m.in. pozwolenie na przeniesienie ciężko chorych z obozu do miejscowego małego szpitalika, gdzie w 1939 r. pomagałam pielęgnować rannych. Pewnego dnia przyniósł tatuś – mówimy tutaj o Stanisławie Kosteckim – na rękach malutką, bardzo chorą dziewczynkę Martunię, ze wsi Aleksandrów. Jej rodziców Niemcy wywieźli, dom spalili, a ona z obozu zwierzynieckiego dostała się do szpitala. Miała około dwóch lat. Miała gorączkę, całą ogoloną głowę, w strupach, biegunkę i stan zupełnego wyczerpania. Nie chodziła i nie mówiła. Zaraz zaopiekował się nasz stary znajomy, doktor Wróblewski. Powoli powoli zaczęła dochodzić do siebie, stawiać pierwsze kroki. Wkrótce biegała po całym domu i ogrodzie – stając się domową maskotką. Ogolone włoski odrosły, nabrała kolorów, zrobiła się z niej bardzo ładna dziewczynka. Na początku rzucała się na kartofle, pakując je całe do buzi, a po pewnym czasie zaczęła już paluszkami wybierać same skwareczki. Szczebiotała uroczo i po swojemu nazywała wszystkich w rodzinie. Wszyscy polubiliśmy Martunię, ale tatuś zakochał się w niej bez pamięci. Rozpieszczał ją niesamowicie, a ona rządziła nim jak chciała. Patrzyliśmy na to z Andrzejem – to jest brat ciotki – zdziwieni, a nawet z pewną zazdrością. Tatuś był dla nas raczej surowy, a rozpieszczał jak dotąd tylko swoją Maniusię – Maniusia była jego żoną. Martunia stała się pełnoprawnym członkiem rodziny. Została adoptowana, wyrosła na ładną, dobrą dziewczynę, odpłacającą się zawsze sercem i przywiązaniem swoim przybranym rodzicom. Jest nauczycielką, mieszka w Sopocie. Tatusia wspomina zawsze z miłością, a mamą opiekowała się jak najrodzeńsza córka do końca jej dni”.
I na tym można skończyć. Więc tak jak powiedziałam, Marta przyjechała, poznałyśmy się tutaj. W tej chwili już nie żyje.
Z tych przekazów rodziny – było to urocze, kochane dziecko. Myślę, że dobrze się stało, że parę tych istot zabranych przez rodziny, przyjęto je jak własne i uratowano.
Zostałam poinformowana o śmierci Marty. Nie byłam jednak na pogrzebie Marty, bo to wtedy było za daleko dla mnie.
Istnieje więc w tych przekazach różnych rodzin po pierwsze historia obozu zwierzynieckiego, po drugie uratowania tej ogromnej ilości dzieci, a po trzecie zaopiekowania się nimi.

(brawa)
[Renata Jarecka] Mamy też jeszcze parę nazwisk, czyli już mówiliśmy o państwu Buchowskich. Bronisława i Zygmunt Szymańscy, Natalia Ottowa, Władysława i Adam Zdziochowie. W zasadzie to jest tylko taka lista.
Jeśli ktoś zna jeszcze jakieś nazwiska, myślę, że warto byłoby uzupełnić, bo chyba nikt się nie zajmował tak naprawdę tym tematem, oprócz pana Czesława Służewskiego. Dziećmi z imienia i nazwiska, które zostały ocalone i które zostały zabrane do rodzin w Zwierzyńcu. Jesteśmy wszyscy ciekawi ich losów.
U pana Służewskiego w dokumentach znajdują się też zarówno listy dzieci ocalonych, jak i listy dzieci, które zostały z obozu zabrane, ale niestety zmarły. Ja tutaj gdzieś będę miała dalej też te listy.
Widzę tu jeszcze Jarka Zdziocha. Jarek, czy Ty wiesz coś o swoich dziadkach w kontekście ratowania dzieci z obozu? Zdziochowie są też kilka razy wymienieni.


[Jarosław Zdzioch] Dzień dobry. Nie jestem przygotowany. Wiem tylko z przekazów swojego ojca, ponieważ dziadkowie zmarli, gdy byłem bardzo mały, więc nie było okazji porozmawiać o tym. Jako nastolatek niewiele się interesowałem takimi tematami. Ale powiem, ile skojarzę.

Tutaj na zdjęciu była Niunia, przygarnięta przez moich dziadków. To była pani Janina Kusiak. Po wojnie osiadła w Słupsku. W latach 80. przyjechała z mężem do Zwierzyńca do moich rodziców. Wtedy właśnie, w latach 80. pojawiła się możliwość otrzymania statusu Dziecka Zamojszczyzny, co dawało z czasem jakieś profity, szczególnie w późniejszych emeryturach, więc wielu ludzi złożyło wnioski, że w jakiś sposób ze strony Niemców doświadczyli represji, na przykład będąc więźniami obozów przejściowych. Dlatego pani Kusiak tego potrzebowała, i potem korespondowała z moim ojcem. Ten czas był takim powrotem do tego, co było, co zmusiło ich poniekąd do wspomnień tego czasu.
Było też wielu młodych ludzi, którzy w inny sposób opiekowali się tymi dziećmi. To byli młodzi ludzie ze Zwierzyńca. Na przykład ciocia – siostra mojego ojca – jest nawet na tym zdjęciu z Niunią. Wszyscy młodzi raczej jakoś angażowali się. To była pewnego rodzaju lokalna solidarność tych młodych, że się tak angażowali. Mój stryj już był w tym czasie w obozie koncentracyjnym za działalność partyzancką, więc już nie mógł tego robić.
Pani Stefania Kapuśniak była z moją ciotką dobrą koleżanką w tych czasach, więc działały razem i są czasem razem na zdjęciach. Po wojnie to się chyba trochę poluźniło.
Chciałbym też wspomnieć o Panu Pekosińskim. Wielu pewnie o nim słyszało, bo nawet był zrobiony o nim film. On akurat nie miał szczęścia. Żadna jego rodzina się nie odnalazła, dlatego nazwisko tego dziecka wymyślono nawet z liter skrótu nazwy Polski Komitet Społeczny. Akt urodzenia symbolicznie przyporządkowano do daty ataku Niemiec na Polskę, czyli że niby 1 września 1939 roku on się urodził. Do lat 90. można go było spotkać, w Zamościu, jako takiego schorowanego człowieka. Zresztą życie miał ciężkie. A był szachistą, bokserem.
Warto też przypomnieć jeszcze jednego człowieka, kiedyś go spotkałem w Lublinie. Był pracownikiem naukowym uniwersytetu Marii-Curie Skłodowskiej. Pan profesor Wacław Orzeł, geograf, podróżnik, żeglarz. Nie miałem śmiałości z nim porozmawiać, ale jego historia wiąże się z dziećmi, które zostały przekazane do domu dziecka „na górce”, bo ich rodzice nie odebrali. Były historie dobrze zakończone. Historia tego profesora pokazuje, że mimo tej tragedii, losów obozowego dziecka, które straciło wszystko, potem można było zostać kimś.
Przepraszam, że niewiele mam do powiedzenia – ci, którzy mogli mi powiedzieć, zbyt szybko odeszli.
[brawa]
[Renata Jarecka] Ja też jestem z pokolenia, które nie pytało, kiedy można było. Żałuję tego. Na szczęście coś pamiętamy, mamy zdjęcia, możemy odtworzyć. Ci ludzie, którzy pomagali, są bardzo ważni w historii lokalnej, historii dzieci Zamojszczyzny i obozów.
To wciąż nasz obowiązek, żeby ich przypomnieć, zebrać historię i zrobić z nich bohaterów. Będziemy się upierali, że chcemy ich mieć. Widzę jeszcze zgłoszenie pani Marii Kimak – zapraszamy.


[Maria Kimak] W mojej rodzinie wychowywała się też dziewczynka z obozu – Krysia Blacha. Jej rodzice zostali wywiezieni na roboty do Niemiec, a po powrocie odebrali dziewczynkę.
Mojej babci siostra Jadwiga Kurczyńska i jej mąż Paweł Kurczyński mieli córkę Ewę, urodzoną w 1934 r., natomiast Krysia Blacha była z 1938 roku. Miała 5 lat, gdy trafiła do Kurczyńskich. Gdy po wojnie rodzice wrócili z robót w Niemczech, ta dziewczynka nie chciała z nimi odejść.
Później gdy była nauczycielką, przyjechała do Zwierzyńca. Ciotka zmarła w 1970 roku.
Krystyna Blacha pochodziła z Lipowca. Zawsze ładnie tańczyła, śpiewała. Śpiewała taką piosenkę „Ja nie pójdę za drugiego”. Była bardzo wesoła.
[Renata Jarecka] Jak się okazuje, mamy w książce relację Agnieszki Blachy z Lipowca, sporządzoną 13 maja 1984 roku:
„Zabrali nas z domu 2 lipca 1943 r. niemieccy żołnierze. Przypędzono nas całymi rodzinami do Panasówki, razem ze mną był syn Julian l. 12, córka Bronisława l. 10, Leonarda l. 7, Krystyna l. 4 i syn Józef l. 2. Z Panasówki przywieziono nas samochodami do stacji kolejowej Biały Słup w Zwierzyńcu. Mieliśmy przy sobie tylko bagaż podręczny. W wiosce pozostawiono trochę młodych dziewczyn, które zajmowały się doglądaniem pozostawionego inwentarza żywego.
Wioskę naszą, po naszym wyjeździe, nasiedlono mieszkańcami Krynic. Niewielka część ludzi z naszej wsi, która się ukryła, pozostała, lecz na krótko. Po nich Niemcy przyjechali powtórnie. W Zwierzyńcu załadowano nas do pociągu towarowego i zawieziono do obozu w Zwierzyńcu, gdzie siedzieliśmy około 10 dni. Z naszej grupy wybrano ludzi młodych i bezdzietnych i wywieziono na roboty do Niemiec. Nas z dziećmi i starszych przewieziono pociągiem do obozu w Zamościu. Siedzieliśmy w dużym baraku na podłogach, bo żadnych prycz nie było. Razem z nami siedzieli wysiedleni z Dylów, Kajetanówki i Trzęsin. Pamiętam, że córka Żłobów z Trzęsin, która przyniosła żywność dla rodziców siedzących w obozie, została złapana. Gdy usiłowała uciec, zastrzelił ją wartownik, który chodził przy drutach. Widzieliśmy to z obozu. Matka jej zmarła w obozie, a kilka dni później i ojciec, to byli ludzie starsi. Pamiętam, prawie codziennie umierali ludzie, przeważnie starzy, zabierano ich furmanką i gdzieś wywożono. Były okresy, że zabraniano wychodzić z baraku nawet na kilka godzin. Co w tym czasie działo się poza barakiem, nie wiemy. W pierwszych dniach naszego pobytu w obozie czasem udało się komuś uciec w kierunku Bagna.”

[Maria Kimak] Mieszkańcy Zwierzyńca tym ludziom i dzieciom z obozu pomagali w różny sposób. Gotowano tu zupę i zbierano ją w wannę. Zupa szła do obozu. Niemcy prawdopodobnie nie pozwalali dalej wejść.
[Renata Jarecka] W relacjach opisujących topografię obozu, powtarza się informacja, że były dwie bramy – furmanki zatrzymywane przy pierwszej. Faktycznie nawet do tego gotowania zupy było potrzeba całej masy wolontariuszy – i tych gotujących, i tych zbierających produkty. Szkoda, że nie ma pana Osmólskiego i jego siostry, bo ich mama była wśród najmłodszych wolontariuszek pomagających. Na pewno wrócimy jeszcze do tego tematu przy innej okazji.
Dziękujemy, Pani Mario, za Pani zupełnie nowy wkład – uzupełnienie listy dzieci wziętych z obozu. Na pewno dopiszemy to wszystko, co dziś zostało powiedziane, do tego, co wcześniej opowiadano Panu Służewskiemu.
[brawa]
Za chwilę tu zaprezentuję jeszcze pracowników służby zdrowia, którzy są kolejną grupą bohaterów ratujących dzieci i dorosłych. A może Pan Marian coś chciałby dodać na temat lekarzy, pielęgniarek, na ile z nimi zetknęła się Pana rodzina?
[Marian Olcha] Akurat o pracownikach służby zdrowia z tych czasów niewiele wiem z domowych opowieści, ale pamiętam, że był wspominany dr Wróblewski i dr Pojasek. O tyle dobrze pamiętam, że dr Pojasek odbierał mój poród. Natomiast chciałbym coś dopowiedzieć do tego, co usłyszeliśmy od Jarka Zdziocha. Pamiętam jego dziadka lepiej niż babcię. Byłem bowiem prowadzany w ten zakątek, gdzie mieszkali moi dziadkowie i Zdziochowie. Bo to między innymi oni – Zdziochowie i Kapuśniakowie – uczestniczyli w przygotowywaniu zup.
A z tatą Jarka kojarzę inną histrorię – anegdotycznie coś opowiem – jego tato pracował w urzędzie, a przyjmował go do tej pracy mój ojciec. I kiedyś właśnie ojciec o tym opowiadał w domu i kiedy padło nazwisko tego kandydata do pracy, odezwała się moja mama, która zareagowała tak: „Stasiu Zdzioch? To bardzo porządny człowiek”.
Państwo Zdziochowie pracowali oboje w urzędzie gminy. Dowiedziałem się też kiedyś, że pani Zdziochowa była siostrą Stefana Bondara – mojego wychowawcy.
Nawiązując znowu do pytania, które padło na początku tego spotkania:jeśli ja mam być dumny ze swoich dziadków, to ty Jarek, też możesz być dumny.
[Renata Jarecka] Brawa jeszcze raz dla bohaterów, z których Zwierzyniec jest dumny.
[brawa]
Przechodzimy do służby medycznej, bo mamy tu ogrom zdjęć, którymi Państwo będziecie zdumieni. Przy okazji wspomnę, że ich nowego opracowania, dopracowania technicznego, powiększenia, dokonała Elżbieta Hałasa.
[brawa]
[Renata Jarecka] Nie zdążymy ich wszystkich w szczegółach obejrzeć i omówić, choć są tego warte. Może im poświęcimy kiedyś więcej uwagi, a teraz tylko szybki przegląd.
Mamy tu słynnych doktorów – zwierzynieckiego doktora Wróblewskiego. Z nim często, ne tylko na tym zdjęciu, szczebrzeskiego doktora Klukowskiego.


No i doktor Bardzik. Zresztą nie tylko on, ale również jego małżonka i córka były w służbie medycznej zwierzynieckiego Szpitala. Córka zdaje się była wolontariuszką, młoda dziewczyna.



Szpital w Zwierzyńcu zajmował się nie tylko dziećmi, ale i dorosłymi. To zdjęcie jest też nowym zdjęciem, którego mogliśmy jeszcze nie widzieć. Prawdopodobnie oglądamy je po raz pierwszy. I też ci sami państwo jako pacjenci z pielęgniarką Jadwigą Pragową. Za chwilkę o Jadwidze Pragowej jeszcze coś tutaj będzie ciekawego.


Szpital w Zwierzyńcu. W łóżkach Balbina i Roman Wróblewscy, na pierwszym pomiędzy nimi pielęgniarka Jadwiga Pragowa.
I oto lista, maszynopis zrobiony przez pana Służewskiego, który krąży pomiędzy nami. Pan Franciszek Cieplak jest osobą, która też ma wszystko w swoich teczkach. Ja akurat tę listę dostałam po raz pierwszy właśnie od pana Franciszka. A potem pani Ania Kasprowicz pokazała nam dużo więcej tych materiałów swojego taty, w wersji albo rękopisów, albo maszynopisów.


Tu akurat są listy dzieci, które zmarły w szpitalu zwierzynieckim, i służba medyczna.
I tutaj, proszę państwa, mając tak naprawdę wypracowane materiały przez pana Czesława Służewskiego, ale też posługując się teraz nowoczesnymi technologiami i tym, że tak dużo materiałów jakichś metrykalnych i innych jest w wersjach zdigitalizowanych i dostępnych powszechnie, ale wiele osób wciąż albo o tym nie wie, albo ich to nie interesuje.

A że nas interesuje, to tak ostatnio grzebiemy w tych wszystkich metrykach i materiałach, że doszukujemy się pewnych uzupełnień, poprawiamy pewne błędy. I tutaj właśnie będzie troszeczkę takich materiałów, o których teraz możemy powiedzieć więcej.
W książce pana Służewskiego jest relacja Marii Wagnerowej-Ostrowskiej ze Zwierzyńca, która była maszynistką w Ordynacji Zamojskiej, znaczy maszynistką też pracującą na rozkaz Niemców, i spisującą właśnie tutaj dane ewidencyjne.

I z jej wspomnienia dowiadujemy się, kto pracował razem z nią. Pracowała jeszcze Barbara Millerówna i Jadwiga Cichowicz. Czytamy w relacji: „Pracowałyśmy codziennie przez jakieś dwa tygodnie, może dłużej. W czasie, gdy szłyśmy do obozu, ludność okoliczna oczekiwała na nas, podając dużą ilość artykułów żywnościowych, aby dostarczyć je ludziom siedzącym za drutami. Nie miałyśmy źle możliwości chodzenia po terenie obozu. Wejście nasze na teren obozu uzgodnione było z zarządem naszego biura. Wartownicy przy wejściu do obozu nie kontrolowali nas, co ułatwiało nam dostarczanie żywności. Oddawałyśmy ją bezpośrednio więźniom, a oni sami dzielili się pomiędzy sobą. Na dostarczanie żywności wartownicy nie zwracali uwagi, wiedząc, że pracujemy na terenie obozu z polecenia zarządu. Nędzę ludności zgromadzonej w obozie widziałyśmy bardzo dobrze. Po paru tygodniach pobytu w obozie ludzie ci wyglądali jak szkielety, brudni i pełni insektów. Pamiętam dobrze, jak Zamojscy zabierali dzieci z obozu. Dzieci te były przywożone do budynku miejscowej łaźni, gdzie myłyśmy je i przebierałyśmy w świeżą bieliznę i ubrania dostarczone przez okoliczną i miejscową ludność.”
I tak dalej. I też o tym, że pomagała przenosić kotły z żywnością dla mężczyzn, właściwie już będąc na terenie obozu.
A podobizny tych osób pomagających, też części zidentyfikowane przez pana Czesława Służewskiego, właśnie teraz też próbujemy uporządkować i uzupełnić, więc już wiemy, kto jest kto.
I tak widzicie państwo opisy przy kolejnych osobach. Jedynka – Fela Burakówna. Może jeśli komuś będą te nazwiska znane, to też bardzo chętnie wysłuchamy jakichś ich historii, czy spiszemy, czy może dojdziemy do krewnych.

Okazuje się, że Fela Burakówna to rodzina Dudków i też w niedalekiej przyszłości prawdopodobnie wzbogacimy nasze archiwa o materiały od państwa Dudków dotyczące tej pani.
Maria Wagnerowa-Ostrowska, to właśnie przed chwilą czytałam fragment jej relacji. Helena Proskurnicka i Hanna Proskurnicka-Kamieńska.

[Marian Olcha] Niewiele dodam, ale znane są mi obie. Pani Proskurnicka była osobą, z którą była zaprzyjaźniona moją mamą. Dwa razy odwiedzaliśmy panią Proskurnicką. W latach 60. mieszkała w Krakowie, a Hanka u męża, po którym jest Kamińska. Chyba poznałem ich rodzinę poprzez kontakt z moją matką i moją chrzestną matką, mówiłem „ciocią Trojanowską”, był na wakacjach syn Hanki Proskurnickiej. Mówię Hanki, bo tak ją określała moja mama. Hanka Proskurnicka i Jacek Kamiński.

[Renata Jarecka] Dziękujemy za uzupełnienie. Dalej mamy pod szóstką, Dąbrowską, która w Zwierzyńcu przebywała w czasie wojny, nie była stałą mieszkanką. Siedem – Helena Żujewska. To jest mama mojej dawnej prawie sąsiadki dawnej, Pani Basi Miernikowej. Ósemka – Czechowiczowa. Chyba też przebywała w Zwierzyńcu tymczasowo. I tutaj dziewięć i dziesięć mamy siostry zakonne.

Dwanaście – to też jest siostra zakonna. I tu właśnie pan Służewski został wprowadzony w błąd przez swoich rozmówców, bo to nie są siostry serafitki ani ze Szczebrzeszyna, ani z Biłgoraja. To są siostry Misjonarki Maryi z Łabuń. W tym siostra Emilia Potoczna pod numerem 10, która przeżyła 103 lata. W 2018 roku zmarła, więc jeszcze niektórzy mieli okazję osobiście usłyszeć jej relację dotyczącą pracy w szpitalu przy obozie właśnie sióstr Misjonarek Maryi.
Ksiądz Czesław Galek, który też jest znany mieszkańcom Zwierzyńca, napisał artykuł dotyczący roli sióstr Misjonarek Maryi, które po prostu zostały poproszone przez panią Różę Zamoyską w momencie, kiedy były nie w Łabuniach, a w Radecznicy. Poprosiła je o pomoc, bo były z wykształcenia pielęgniarkami, i w ten sposób znalazły się wśród personelu medycznego naszego obozu.
Mamy 11 – Maria Sochacka i 13 – Zofia Bardzik, czyli małżonka pana doktora.
I mamy jeszcze kilka zdjęć, być może tutaj się nazwiska powtórzą.
Tu akurat Maria Tochmanówna.

Od pana Krzysztofa Tochmana z kolei usłyszałam – który mi może nie powiedział wiele, ale wspomniał swoich przodków w kontekście ich udziału w pomaganie Dzieciom – że pan Mieczysław Tochman, który był fryzjerem, z własnej woli i chęci ulżenia dzieciom, jeździł do obozu strzyc im włosy.

[głos z sali] A siostra pana Tochmana pomagała. I to jest właśnie ta siostra, która tutaj była w personelu medycznym – była pielęgniarką.
[Renata Jarecka] Fela Burakówna i Karolina Szymańska, Maria Tochman, Helena Żujewska, która była już też na tamtym zdjęciu, Janina Pragowa.

I właśnie też świeży materiał sprzed tygodnia, który nam opowiedziała pani Urszula Madeja-Kulecka, o pani Pragowej. Nie wiem, może państwo o tym wiecie. Dla mnie to są takie odkrycia, ale przypuszczam, że też nie wiecie, bo skoro Ela Halasa nie wiedziała, to znaczy, że… że to wcale nie jest takie oczywiste.
Więc wyobraźcie sobie państwo, że sklep pani Pragowej znajdował się na skwerku. To jest taki zielony budynek, narożny, z zaookrąglonymi brzegami, i właśnie pani Urszula nam opowiadała o tym sklepie, że to był dla niej taki sklep-cudo, taka drogeria, w której panie uwielbiały kupować sobie różne kosmetyki, puder, ołóweczki, kredki do makijażu, a przed świętami była magia, prawie jak u Szulca. Wisiały różne ozdoby, szyszki, bombki i że było to, jak określiła sama pani Urszula Madeja-Kulecka, zjawiskowe.
Natomiast pani Pragowa była bardzo elegancką damą, z lokiem zaczesanym do góry – no i miała malutkiego pieska. Ja tego pieska dostrzegłam od razu, jak tylko Ela mi przysłała to zdjęcie. Zobaczcie państwo tamtego pieska, malusieńkiego, jaki uroczy.

I nieodkryta jest jeszcze historia tego, co się z tą panią Pragową stało, bo prawdopodobnie wyjechała za granicę. Ale w jej przypadku też nie wiem, dlaczego była Pragowa. Tu akurat żadnych metryk nie mogę się doszukać. Pragowa, czyli mężatka, żona kogoś, kto miał nazwisko Prag? Praga?
[głos z sali] Chyba Prago.
[Renata Jarecka] Poszukam według tego nowego tropu – po nazwisku: Prago.
A tu Maria Michel, po mężu Kuczmowska. Bardzo obszerna relacja w książce pana Służewskiego jest i okazuje się, że ta pani Maria Michel, wydaje się taka młodziutka dziewczyna, była też jedną z tych ważniejszych osób w zarządzie Komitetu Rady Głównej Opiekuńczej, była sekretarką tegoż Komitetu, więc też na pewno miała dużo do powiedzenia i do zaplanowania, jak organizacyjnie pomóc.

I bardzo poruszające relacje właśnie w książce pana Służewskiego znajdujemy ze strony tej pani, na przykład o trumienkach dla dzieci, które były zamówione u Michała Wysockiego, wówczas pracownika fabryki mebli. I on te trumienki dostarczał do kostnicy szpitalnej, i w trumienkach te zmarłe dzieci były chowane na zwierzynieckim cmentarzu, co mnie osobiście bardzo poruszyło, bo jakoś sobie wcześniej wyobrażałam, że to pewnie musiało być tak byle jak. Ale nie – tak do tego stopnia dbali ci wolontariusze o to, żeby godnie były dzieci pochowane, w trumienkach.
Zofia Bardzik, żona doktora Bardzika. Tu prawdopodobnie te same zdjęcia, co najmniej dwa. No właśnie – skany z książki pana Służewskiego jeszcze bez takiego uzupełnienia, kto jest kto na zdjęciu, więc my teraz już te zdjęcia z naszego archiwum mamy w takiej właśnie pięknej jakości.
Na tym zdjęciu pieska nie ma, na tym jest. Piesek poszedł w krzaki prawdopodobnie.
I jeszcze to zdjęcie z siostrami. No i też wymienia tutaj Helena Szaciłowska znowu, kto przychodził, jak to wyglądało:
Do obozu wysiedlonych w Zwierzyńcu jeździły z Ordynacji Zamojskiej Maria Michel, także Wanda Lewicka-Świętochowska. (Ta pani na zdjęciach nam się nie pojawiła). W obozie zostawiały zupę, chleb, mleko. Do chorych dzieci zabranych z obozu i umieszczonych w szpitalu przychodziły na całodobowe dyżury na zmianę: Danuta Kurzępianka, Ewa Gruchalska, Krystyna Buchowska i inne osoby.
Przy dzieciach w sierocińcu pracowały Maria Kurzępianka, Helena Świda, Wanda Kudelska, Feliksa Pióro-Śmieciuszewska, Kasperska.

Też na bazie tych krótkich wspomnień, relacji mamy, mamy możliwość wyobrazić to wszystko, zwizualizować. O wszach, które były czymś strasznym, z czym nie można było w żaden sposób poradzić, mamy fragment wspomnienia Janiny Buczek-Różańskiej z Biłgoraja:
„Dzieci w Zwierzyńcu było bardzo dużo i było bardzo dużo wszy. Opadły na nas nagle jak szarańcza. Były wszędzie: w ubraniach, w pryczach obozowych, łaziły po ziemi. Na początku ludzie rozbierali się i bili insekty, ale to nie pomagało wiele. Za godzinę, dwie od nowa pokrywały ciało.
To straszne. Te wszy towarzyszyły nam przez blisko siedem miesięcy. Z obozu w Zwierzyńcu nie pamiętam głodu, pamiętam tylko te wszy, te sosny nad nami i ten straszny ścisk”.
Znowu na innych zdjęciach pojawia się Hanna Proskurnicka-Kamińska. Opowiada o dyżurach w szpitalu. No i siostry zakonne.
Ta siostra Bohdana to jej imię zakonne, a imię i nazwisko metrykalne – Emilia Potoczna, która pojawia się w paru relacjach. Przeżyła 103 lata, i zmarła w Łabuniach.
Znowu siostry. Być może właśnie te siostry, akurat na tym zdjęciu, to nie są te same, które były na tym. Więc myślę, że któreś z nich tutaj będą tymi właśnie siostrami ze Szczebrzeszyna bądź z Biłgoraja.
Chociaż habity wydają się podobne, ale tutaj musimy jeszcze pogłębić te poszukiwania, bo to tak naprawdę też odkrycie z ostatnich dni, że to były jednak misjonarki Maryi.

I znowu możecie państwo tutaj się przyjrzeć nazwiskom. Maria Wagnerowa-Ostrowska z domu Wałecka, Helena Proskurnicka, Basia Duszyńska, Zosia Bardzikówna, czyli ta młoda córka doktora, Hanna Proskurnicka-Kamińska.
Właśnie też mam tutaj dylemat ortograficzny, bo raz się pojawiają przez „ó” z kreską, raz „u” zwykłe, więc ciekawa jestem, która pisownia powinna być tą właściwą.
Siostra Fela Burakówna, Czechowiczowa, Helena Żujewska, Zofia Bardzik. Więc prawdopodobnie te zdjęcia były wykonywane tego samego dnia.


W Izbie Muzealnej TMZ, która znajduje się na trasie muzealnej zwierzynieckiego browaru, można zobaczyć przestrzenną makietę obozu w Zwierzyńcu oraz unikatowe kopie zdjęć wysiedlenia pobliskiej wsi Wywłoczka, której mieszkańcy także znaleźli się „za drutami”, a także eksponaty wojskowe i wojenne z okresu II wojny światowej.
[Agnieszka Maciocha] Temat już mamy co nieco zgłębiony, prawda? Ja wiem, że czas to pieniądz, prawda? Jesteśmy już tutaj dwie godziny. Moglibyśmy tak siedzieć jeszcze wiele dłużej, bo coraz to nowe wątki wypływają. Proponuję, żeby podsumowując, pan Marian kilka słów powiedział na temat tego spotkania naszego dzisiejszego, co z niego wynosi, z jakim nastrojem go opuszcza, i myślę, że trzeba dobijać do brzegu.
[Marian Olcha] Przede wszystkim chcę bardzo serdecznie podziękować, że było mi dane tutaj z Państwem być, posłuchać wypowiedzi pani, utwierdzić w pewnych swoich przemyśleniach. Sprawiło mi to ogromną radość, że mogłem tutaj być.
Nawet nie dlatego, że przyszło mi opowiadać o swoich bliskich, chociaż to jest jakby istotą tego naszego dzisiejszego spotkania. Pierwszy raz publicznie o mojej mamie, o moich dziadkach mówiłem. Nawet nie pokusiłem się o mówienie o tym, co robili dziadkowie czy mama, w czasie lekcji, które prowadziłem z młodzieżą, kiedy omawialiśmy Zamojszczyznę, to, co się na Zamojszczyźnie działo, ale robiłem to z rozmysłem, mając świadomość, że gdyby przeżyła moja mama, to byłaby niezadowolona.
Ja tu jeszcze raz podkreślam. Nigdy nie odniosłem wrażenia, że mama powiedziałaby, że robiliśmy coś wyjątkowego. Podchodziła do tego w sposób bardzo normalny.

A czemu jestem tak uradowany, zaszczycony? Bo choć przeżyłem większość swojego dorosłego życia poza Zwierzyńcem, bo niedaleko w Szczebrzeszynie, zawodowo byłem związany pracą, to na pewno część serca, chyba i głowy, pozostała w Zwierzyńcu.
Zdarza mi się w różnego rodzaju dyskusjach, jak troszeczkę pojawia się zapalczywości, powiedzieć: „Co ty opowiadasz takie rzeczy? U nas w Zwierzyńcu…”. I wtedy się łapię, że mnie w Zwierzyńcu nie ma już ponad 50 lat. Ale coś zostało, coś mnie tu wiąże, tak zostanie pewnie już do końca.
Poza tym, choć krótko zawodowo ze Zwierzyńcem była związana moja małżonka, to co jakiś czas organizujemy sobie wyjazdy do Zwierzyńca i mówimy, że to są podróże sentymentalne.
One są bardziej sentymentalne dla mnie, bo niektórych zakątków żona nie zna, albo jej pokazuję, włóczę ją tam po Borku na przykład, którego nie mogę poznać i się gubię. Wlokę ją przez zarośnięte torowisko, bo sobie przypominam, że tam był kirkut, taki zarośnięty, krowy się pasły i, Boże, 70 lat temu, 60 lat temu, ojciec się ulitował i mówił: „Trzeba wysłać pracowników urzędu, żeby chociaż żerdziami to ogrodzili”. I wlokę ją na ten kirkut, którego nie widać, ale w końcu odnajdujemy.
Dlatego chcę na ręce Reni Jareckiej, ale całemu Towarzystwu Miłośników Zwierzyńca serdecznie podziękować za to, że mogłem tu być, poczuć się jak ileś tam lat temu i, jak się spodziewałem, że może ktoś się znajdzie, to usłyszeć od pani Marty Rybickiej, dzisiaj z Sankowskiej: „Maryś, jak cię miło widzieć”.
Dziękuję państwu za to, że tu mogłem z Państwem być.

[Renata Jarecka] My również dziękujemy bardzo. Agnieszka powiedziała o tym, że tak trzeba dobijać do brzegu i dobiliśmy do brzegu, ale wiecie, że czasami można znowu przybić do tego samego brzegu, więc ja myślę, że to pewnie nie ostatnie nasze spotkanie.
No i miło mi zakomunikować, że Marian Olcha od dziś będzie członkiem Towarzystwa Miłośników Zwierzyńca.
[Marian Olcha] Spełniło się moje marzenie. 😊
[Renata Jarecka]Jak to wspaniale, że ktoś marzy o tym, żeby być w naszym Towarzystwie. Gdyby ktoś z państwa chciał być w naszym Towarzystwie Miłośników Zwierzyńca, to ja też bardzo do tego zachęcam.
Zajmujemy się badaniem historii i pilnowaniem zabytków Zwierzyńca, kwestowaniem na cmentarzu, odnawianiem grobów i umilaniem państwu i sobie czasu właśnie takimi poszukiwaniami, więc bardzo zachęcam do tego, żeby do nas wstąpić. To nie jest kosztowne, bo to tylko 30 zł rocznie.
Dziękuję Państwu za dzisiaj. Jak zwykle oczywiście dziękuję też gospodyni tego spotkania, Agnieszce, za prowadzenie rozmowy, i pani Joannie Szpuga, za to gościnne nas, jak zwykle, przyjęcie.
Zawieszamy na chwilkę nasze spotkania, bo biblioteka będzie miała remont, więc przez jakiś czas się pewnie nie będziemy tutaj widzieć, ale wrócimy do tych spotkań.
[Agnieszka Maciocha] Ja to wytłumaczę z takiego praktycznego punktu widzenia. Co prawda pod sztandarami biblioteki się tu spotykamy, ale wykorzystujemy salę, która jest obszerniejsza i jest nam tutaj wygodniej. No, ale teraz przez jakiś czas biblioteka będzie na dole, a w bibliotece rewolucja, więc nie mamy się gdzie spotkać. Po remoncie chętnie jednak do tych spotkań wrócimy i już dziś na nie zapraszamy.
Nota końcowa: Dołożyliśmy starań, by przekazać Państwu niemal dosłownie przebieg naszego spotkania, więc większość zapisanej rozmowy to przytoczenie tego co zostało powiedziane. Oczywiście niejednokrotnie skróty myślowe wypowiadających się czy wycinki wspomnień mogą nie składać się na całość historii zwierzynieckiego obozu i losów dzieci, które w nim przebywały. Niezależnie od tego zapisu tworzymy listę dzieci zabranych zza drutów przez zwierzynieckie rodziny i szukamy informacji o ich dalszym losie. Tworzymy też listę zwierzynieckich wolontariuszy i pracowników szpitala oraz ochronki, by ci wszyscy ludzie, którzy sami nie czuli się Bohaterami, znaleźli się jednak na kartach historii – chociaż tej naszej lokalnej. Dziękujemy wszystkim za możliwość prezentacji tych materiałów. Przede wszystkim Pani Annie Kasprowicz, która udostępniła materiały swojego Ojca, Czesława Służewskiego, rodzinom wymienionych tu osób oraz Elżbiecie Hałasie, która dokonała dzieła digitalizacji i korekty cyfrowej wielu materiałów.
Instytucje zainteresowane pozyskaniem zdjęć, które opublikowaliśmy tu po raz pierwszy, prosimy o kontakt.
Osoby, które chciałyby uzupełnić naszą wiedzę, dopisać nazwiska czy historie swoich przodków, podzielić się zdjęciami, także prosimy o kontakt:
tm.zwierzynca@op.pl




